124. ONE MORE SONG

Przedostatnia część…Kolejna będzie ostatnią, potem jeszcze krótki epilog. Dziękuję, że jesteście :)

237718.2

124.
Był już wieczór, kiedy ociągając się wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku domu Jimmiego. Jadąc przez jasno oświetlone ulice, zastanawiał się, co mógłby powiedzieć. Tak naprawdę, nic mądrego nie przychodziło mu do głowy. Temat Lucasa i Laury był już wałkowany taką ilość razy, że szczerze miał go dość. Najchętniej zawróciłby do swojego mieszkania, gdzie czekała na niego świeżo zakupiona butelka whiskey, ale jechał dalej. Musiał się z nim spotkać i musiał, to zrobić dziś. Czuł, że jeśli z nim nie porozmawia, cały czas będzie stał w miejscu,a przecież powinien w końcu wykonać jakiś krok do przodu.
Zaparkował, wyłączył silnik, przez chwilę siedział, tępo wpatrując się w kierownicę. Wreszcie podniósł głowę i wyszedł z samochodu. Kiedy stanął przed drzwiami, ogarnęła go nagła panika. Co on tu w ogóle robi? Po co rozgrzebywać przeszłość i wracać do tego, co było? Już miał odejść, ale coś go powstrzymało. Zapukał cicho. Potem drugi raz i trzeci. Po chwili usłyszał kroki i drzwi się otworzyły. Niewiarygodnie chudy Lucas, stał przed nim w za dużym t-shircie i szerokich spodniach od dresu. W jego bladej twarzy widoczne były tylko wielkie, niebieskie oczy…I usta, które rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.

- Paddy…- wyszeptał jakby z niedowierzaniem.- Wejdź, proszę- odsunął się, robiąc gościowi miejsce.

- Wyglądasz teraz jak nastoletni Lucas…- Patrick nie mógł oderwać od niego wzroku.- Boże…- pokręcił głową.- Co się z nami stało? – przez chwilę milczeli, patrząc na siebie w skupieniu.- Jak się czujesz? – zapytał w końcu, próbując nie patrzeć na jego kościste ręce.

- Tak jak wyglądam – Lucas gestem zaprosił go do salonu.- Jimmy był tak miły, że udostępnił mi swoje mieszkanie – uśmiechnął się lekko.- Widzę jak na mnie patrzysz – nagle zwrócił się do Paddiego.- Tak, umieram, ale nie chcę i nie potrzebuję współczucia.- Cieszę się, że cię widzę, naprawdę.

- Lucas…- Paddy z ważenia usiadł na kanapie.- Nawet tak nie mów, póki żyjesz, jest jeszcze nadzieja. Myślałeś o leczeniu w innym szpitalu albo mieście? A może trzeba poszukać gdzieś dalej?

- To nic nie da – Lucas usiadł naprzeciwko niego. Sprawiał, że Patrick czuł się nieswojo. Było mu przykro i zarazem strasznie, patrzeć na przyjaciela w taki stanie.- Rak jest na tyle zaawansowany, że moje dni są już policzone.

- Nie mogę tego słuchać! – Paddy wstał gwałtownie. – To wszystko nie mieści mi się w głowie! – zrobił parę szybkich kroków w kierunku barku.- Jimmy zawsze trzyma tu coś mocniejszego, na czarną godzinę – mruknął, wyjmując pierwszą z brzegu butelkę. Otworzył ją i nie bawiąc się w nalewanie trunku do kieliszka, upił z gwinta solidny łyk.- Tobie nie proponuję..- odwrócił głowę w kierunku Lucasa.

- Myślisz, że coś jeszcze mogłoby mi zaszkodzić? – Paddy przez chwilę nad czymś się zastanawiał, a potem wyjął kieliszek, napełnił go alkoholem i podał Lucasowi. Ten, przechylił go i wypił do dna, bez żadnego skrzywienia.- Pomyślałbyś, że jeszcze kiedyś napijemy się razem wódki?- przyjaciel uśmiechnął się szeroko.

- Mam nadzieję, że nie padniesz trupem po takiej dawce? – Paddy przyglądał mu się z lękiem.

- Dziś nie mam zamiaru umierać, musimy pogadać – Lucas z łatwością odbił piłeczkę. Usiadł na najbliższym fotelu. Widać było, że trochę się zmęczył.

- Zostawmy to – Paddy westchnął, odkładając butelkę.- To już przeszłość, nie wracajmy do tego. Najważniejsze jest teraz twoje zdrowie.

- Gówno! – Lucas wstał, na jego bladej twarzy wykwitł rumieniec.- Tak po prostu mi wybaczyłeś, zapomniałeś? Bo jestem chory, bo i tak umrę? – krzyczał, dysząc ciężko.

- Lucas, proszę cię – podszedł do niego, chciał złapać go za ramię, ale Lucas wyrwał się, stanął na przeciwko z oczami roziskrzonymi ze złości. Wyglądał teraz jak dawniej. Jak zdrowy i pełen życia mężczyzna.- Nie powinieneś się denerwować…

- Ale ja chcę się denerwować! I wiesz o czym marzę? Żebyś dał mi w mordę! Należy mi się ,nie sądzisz? – prowokował go.

- Nie wydaje mi się, żeby to był najlepszy pomysł – Paddy nie miał pojęcia jak się zachować.- Może zrobię ci herbaty?

- Nie jestem starą babcią, pijącą herbatkę! Jeszcze żyję, jakbyś nie zauważył! Może ledwo, ale jednak! Jeszcze nie umarłem! A ty co? Tak łatwo zapomniałeś? Przełknąłeś zdradę? Już ci obojętny fakt, że zabrałem ci dziewczynę? Może tylko na chwilę, ale jednak!

- Lucas, przestań!- wspomnienia wróciły, a wraz z nimi uraza i gniew.

- Spieprzyłem ci życie, taka jest prawda! Ja, którego nazywałeś bratem!

- Masz rację! – nie mógł już wytrzymać. Zacisnął pięści.- Ostatnia osoba, po której bym się spodziewał! Cholera!- Paddy krążył po pokoju, próbując się uspokoić.- Nie chciałem tu przychodzić, a wiesz dlaczego? Bo czasami mam ochotę cię zabić. Zniszczyłeś mój związek, moją wiarę w uczciwość i przyjaźń. Jak mam ci to wybaczyć, Lucas? – podszedł do niego, łapiąc go za ramiona. – Tyle razy mi się śniłeś, tak wiele razy wspominałem stare czasy…Dlaczego? Możesz mi chociaż powiedzieć dlaczego? – wpatrywał się w niego swoimi granatowymi oczami.

- Zakochałem się – wyszeptał Lucas.- Wierz mi lub nie, w tamtym czasie, przestałeś być ważny, na chwilę przestałeś się liczyć…Chciałem być tylko z nią, nie obchodziło mnie, co z tym zrobisz ani jak bardzo będziesz cierpiał…

- A niech cię szlag! – Paddy wypuścił go z rąk.

- Od samego początku szukałem z nią kontaktu, byłem przyjacielem, doradcą, obrońcą…Aż w końcu stało się. I byłem wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi…

- Dosyć! – Paddy krzyknął i skoczył w jego stronę. Pięść sama poleciał w stronę Lucasa, trafiając go prosto w prawy policzek. Zachwiał się i upadł.

- Ale to była tylko krótka chwila…- dokończył, próbując się podnieść. Z nosa kapała mu krew.- Jedna krótka i złudna chwila…A wiesz dlaczego? Bo ona zawsze kochała ciebie. Zawsze. Nawet, kiedy była ze mną. Widziałem to – potarł nos otwartą dłonią. Plecami oparł się o ścianę. Oddychał ciężko.- A ja myślałem tylko o jednej osobie. I nie była nią Laura. Myślałem o tobie i o tym, że przez swoją głupotę, zaprzedałem kawałek siebie. Że nigdy nie będę już tym samym człowiekiem i że oddałbym wszystko żebyś jeszcze kiedyś spojrzał na mnie z szacunkiem.

- Przepraszam…- Paddy wyciągnął rękę w jego stronę. Pomógł mu wstać. -Jasny cholera! Dlaczego życie musi być tak popieprzone i skomplikowane? – zapytał, nie czekając na odpowiedź. dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej?

- Przepraszam – Lucas schylił głowę.

- Nie chcę żebyś umarł – wyszeptał nagle Paddy. Mocno przytulił przyjaciela do siebie. Z jego oczu kapały łzy. Płakał jak mały chłopiec.

- Paddy, ty żyj za mnie – odezwał się Lucas, głos mu drżał. – A wiem, że potrafisz zrobić to najlepiej. Walcz o miłość, bo tylko wtedy będziesz szczęśliwy. A ja cię będę wspierał.

- Zza grobu? – Paddy roześmiał się nagle.- Lucas, chyba cię upiłem tym jednym kieliszkiem.

- Czuję się całkiem nieźle, jak na przyszłego ducha – przyjaciel potarł policzek, poprawił potargane włosy.

- Uderzyłem cię…- Paddy pokręcił głową z niedowierzaniem.- Ale prowokowałeś mnie, podstępny gnojku – roześmiał się.

- Może trochę…- Lucas wyglądał na całkiem zadowolonego. – Szkoda, że nie można cofnąć się do przeszłości – wyszeptał.- Chciałbym znów mieć siedemnaście lat i jeździć z wami w trasy.

- Myślisz, że gdybyśmy mieli drugą szansę, popełnilibyśmy mniej błędów? – zapytał poważnie Paddy.

- Nie wiem, wątpię – wyszeptał Lucas.- Jeśli nie te same, znalazły by się jakieś inne. Najważniejsze to umieć się do nich przyznać, prawda?

- Chyba tak…- Paddy myślami był już gdzie indziej.- Zostanę na noc, co?

- Robisz to dla mnie, czy powodem jest barek Jimma? – Lucas puścił do niego oko.

- Nie zadawaj trudnych pytań – roześmiał się Paddy. Długo jeszcze rozmawiali ze sobą, zanim Lucas całkowicie opadł z sił i zmorzył go sen. Przede wszystkim wspominali stare, dobre czasy. Mogli o nich rozmawiać godzinami. Po raz pierwszy od dawna, Paddiego ogarnął spokój. Spojrzał na przyjaciela, który walczył z opadającymi powiekami i poczuł, że nareszcie pozbył się nienawiści, które zjadała go od środka. Pomyślał o Laurze i o tym, co mu powiedziała, kiedy ostatni raz ze sobą rozmawiali. „Po prostu we mnie uwierz…” – to były jej słowa. Nagle wszystko wydało mu się prostsze.

……………………………………….

Wcale nie miała zamiaru nigdzie iść. Swój wolny dzień postanowiła spędzić w kapciach i szlafroku, przed telewizorem. Od samego rana, sennie snuła się po domu i starała nie myśleć o plakacie, który zobaczyła zaledwie wczoraj. Kolejny koncert Michaela Patricka Kelly, i to w Kolonii. Cieszyła się, że jego kariera nabrała tempa, przecież właśnie tego chciał. Może to pozwoliło mu zapomnieć? Ona nie potrafiła, ale chyba przyzwyczaiła się już do ciągłego uczucia tęsknoty, które jej towarzyszyło. Da sobie radę. Można z tym żyć, a Paddy zasługuje na kogoś lepszego. Na prawdziwą, szczęśliwą miłość, a nie związek oparty na wzajemnym żalu i braku zaufania. Smutne to było, ale prawdziwe. Czasami zastanawiała się, czy powinna jeszcze o nich walczyć. W nocy, kiedy nie mogła spać, wspominała wszystkie piękne chwile i momenty, które ze sobą przeżyli. Było ich tak dużo! Tylko, że sama wszystko zepsuła, a potem już nic nie było takie same. To utwierdzało ją w przekonaniu, że powinna odpuścić, pozwolić mu odejść, żyć po swojemu, bez niej…

Późnym popołudniem ogarnął ją dziwny niepokój. Nie potrafiła skupić się na oglądanym serialu. Wino, które sobie nalała – nie smakowało.

- Cholera jasna!- zaklęła głośno. Żałowała, że nie było z nią Nicole. Przyjaciółka rzuciłaby kilka tych swoich celnych żartów i zrobiłoby jej się lepiej. Niestety. Była sama i nie było nikogo, kto mógłby przemówić jej do rozsądku. Spojrzała na zegarek. Dochodziła dziewiętnasta. Tknięta jakimś nagłym impulsem, podbiegła do szafy. Wciągnęła na siebie czarne dżinsy i szary, luźny t-shirt. Włosy spięła w niedbały kucyk, pociągnęła usta jasnym błyszczykiem, nie chciała rzucać się w oczy. Jeszcze tylko kurtka, trampki i już biegła w stronę ulicy, jednocześnie machając na taksówkę. Wiedziała, że to głupie, ale niestety silniejsze od niej. Kiedy stanęła w tłumie, praktycznie na samym końcu, chowając się w najciemniejszy kąt sali, jednak się ciszyła. Serce zabiło jej mocniej. Liczyło się tylko to, że wreszcie go zobaczy.

………………………..
Miał dziś doskonały humor. Sam nie wiedział dlaczego, czuł się lekko i jakoś tak radośnie. Od pierwszej minuty koncertu, rozpierała go energia i dawał z siebie wszystko. Publiczność była wspaniała, co tylko wprawiło go w jeszcze lepszy nastrój. Szalał więc, wygłupiał się, tańczył i śpiewał jak najlepiej potrafił. Te chwile na scenie, były jedynymi, które dawały mu tak mnóstwo radości, które pozwalały zapomnieć o tym, że w realnym życiu nie dawał sobie rady…Że kompletnie się pogubił i była tylko jedna osoba, która potrafiłaby przywrócić go do pionu. No własnie…Była…Odgarnął od siebie smutne myśli, uśmiechnął się, pomachał jakieś dziewczynie, która uparcie wołała jego imię. Zszedł ze sceny, przechadzając się między publicznością. Dwóch ochroniarzy, pilnowało jego bezpieczeństwa, ale nie było takiej potrzeby. Serdecznie ściskał dłonie, wpatrzonych w niego dziewczyn. Głaskał po głowach dzieciaki, które przyszły razem z rodzicami. Jedną ręką wciąż trzymał mikrofon, śpiewając słowa jednej z jego ulubionych piosenek.

Holding back all my troubles
That accumualated over time
And now I can’t seem to define
You and I were like brothers
We stuck together in hard times
But now it all seems to decline
I’we written

One more song…

Pomyślał o Lucasie, dla którego życie właśnie dobiegało końca. Nie czuł już nienawiści, jedynie żal. Ogromny żal, ściskający za serce. Żal za utraconą przyjaźnią, miłością, a przede wszystkim za czasem, który jeszcze mogliby spędzić razem, a którego zostało tak niewiele. Zacisnął na chwilę powieki, a kiedy jej otworzył – zobaczył ją. Patrzyła na niego ciepło, uśmiechając się lekko. Zamrugał i kiedy ponownie spojrzał w tamtym kierunku, już jej nie było. Ruszył przed siebie, nie patrząc na ludzi, którzy łapali go za rękawy, nie zważając na ochroniarzy, przywołujących go z powrotem na scenę. Musiał ją znaleźć. Skoro przyszła na jego koncert to…Serce zabiło mu szybciej. To może nie wszystko stracone? Zapomniał o śpiewnej piosence, teraz prawie biegł, rozglądając się na wszystkie strony, nigdzie jej nie było. Tłum fanek, zastąpił mu drogę, każda chciała go dotknąć, zobaczyć z bliska. Zrobiło mu się gorąco. Pomachał ręką i już po chwili ochroniarz pomógł mu wydostać się na scenę. Do końca koncertu czuł się jak we śnie. Wypatrywał jej, ale już więcej nie dostrzegł. Był już pewien, że tylko mu się zdawało.

Nie miał takiego zamiaru, ale wyszedł do fanek, od razu po skończonym show. Miał jakąś głupią, irracjonalną nadzieję, że to jednak była ona…Że podejdzie do niego i po prostu go przytuli…Cały wieczór spędził na rozmowach z fankami i robieniu sobie z nimi zdjęć. Od uśmiechania się, bolała go szczęka, a nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Jeszcze ostatni raz rozejrzał się na boki. To bez sensu…Głupie przewidzenie, a tak wytrąciło go z równowagi. Powoli odszedł w stronę samochodu i o dziwo nikt mu w tym nie przeszkodził.

…………………….

Chciała do niego podejść. Bardzo! Miała ogromną ochotę przytulić go, zanurzyć twarz w jego włosy, ale im dłużej obserwowała co się dzieje, ukryta za rozłożystym drzewem, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie powinna. Nie może tego zrobić, nie może znów burzyć jego spokoju. Widać było, ze odżył, otworzył się, jest szczęśliwy. Już raz próbowali, nie udało się. Czas do domu – ruszyła, nie oglądając się za siebie.

…………………….

- Wyglądasz strasznie marnie, zadzwonię do twojego lekarza – kilka dni później, Paddy z niepokojem wpatrywał się w bladą twarz przyjaciela.

- Po co? Żeby znów położyli mnie w szpitalu? – Lucas był już ledwo słyszalny. Od kilku dni nie mógł jeść, z trudem przyjmował tylko wodę. Odmówił pokoju w hospicjum, chciał zostać tutaj. – Nie ma sensu żeby znów próbowali mnie ratować – szeptał.- Zresztą wiesz, co ostatnio powiedział lekarz…To koniec.

- Nawet nie chcę o tym słyszeć – Paddy zbladł i złapał go za rękę. Zaraz ci się poprawi.

- Nie poprawi…- Lucas uśmiechnął się ostatkiem sił. Wyglądał jak mały chłopiec.

- Może zadzwonię po kogoś? Nie mogę uwierzyć, że ciągle nie ma twoich rodziców!

- Matka wczoraj dzwoniła, wracają – Lucas przymknął powieki.

- Pomódlmy się – Paddy po raz pierwszy od dawna, sięgnął po różaniec.

- Dobrze, a potem mi zaśpiewaj…- usłyszał słabiutki głos przyjaciela.

Mijały kolejne godziny. Na przemian modlili się, Paddy śpiewał, a Lucas zapadał w krótkie drzemki. Wieczorem, prawie już nie miał siły mówić.

- Dzwonię po karetkę! – Paddy nie mógł już tego wytrzymać. Czuł się, jak w jakimś koszmarnym śnie.

- Nie, proszę! – Lucas spojrzał na niego błagalnie.- Nie rób mi tego, pozwól odejść w spokoju, proszę…

- Boże, daj mi siłę – wyszeptał Paddy.- Może…- nagle poczuł, że musi zapytać.- Może zadzwonię po Laurę? – tak bardzo chciał, żeby teraz tu była.

Przyjechała po jakiejś godzinie. Od razu chciała dzwonić po pogotowie, ale nie pozwolili jej.

- Lucas odchodzi…- Paddy złapał ją za rękę, ścisnął mocno.- Jedyne co możemy zrobić, to być przy nim. Na jeden krótki moment przylgnęła do niego całym ciałem, głośno zaszlochała. Trzymała się go kurczowo, jakby to on miał dodać jej siły i odwagi. Po chwili, uspokoiła się. Podeszła do łózka, na którym leżał Lucas i chwyciła jego dłoń. Paddy zrobił to samo. Nie mieli pojęcia jak długo, tak siedzieli. Czas się dla nich zatrzymał.

- Żyjcie za mnie – Lucas na chwilę otworzył oczy. Jego słowa były praktycznie niezrozumiałe.

- Lucas! – Laura krzyknęła i z płaczem opadła na łóżko. Nie odpowiedział. Jego twarz nabrała niesamowitego spokoju.

- Jest już w niebie – szepnął Paddy. Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Bez słowa padli sobie w ramiona. Płakali, tuląc się do siebie. Noc, która nastąpiła po śmierci Lucasa, była jedną z najgorszych w ich życiu. Przetrwali ją razem. Byli, kiedy przyjechało pogotowie, a potem policja. Kiedy zabrali Lucasa, przykrytego białym prześcieradłem. Dodawali sobie sił, mocno ściskając się za ręce.

- Odwiozę cię do domu – nad ranem, odgarnął jej potargane włosy z bladej twarzy.

- Dobrze – szepnęła, podnosząc się z fotela, na którym siedziała, tempo wpatrując się w ścianę.

- Czuję, jakby odeszła część mnie, część naszego życia – zapłakała.- Ta zła, ale też ta dobra…

- Tak, najlepsza…- szepnął, ocierając jej łzę z policzka.- Będę pamiętał tylko to, co dobre…

- Dlaczego pozwoliłeś mi odejść?- zapytała nagle.

- Chciałem, żebyś była szczęśliwa – spojrzał jej w oczy.- Beze mnie będzie ci łatwiej.

- Rozumiem…- szepnęła. Odwróciła głowę.- Odwieź mnie do domu.

- Laura, ja…

- Odwieź mnie! Jestem koszmarnie zmęczona…

123. COVER THE ROAD

14333018_900003830104226_5493753578345366047_n

jimmy-kelly-r2

123.
Siedział na kanapie w jakimś hotelowym pokoju. Nie miał nawet pojęcia, co to był za hotel i jak się tam znalazł. Wokół niego w najlepsze trwała impreza, alkohol lał się strumieniami, jak przez mgłę docierały do niego strzępy rozmów. Spojrzał na trzymaną w dłoni szklankę, była pusta. Odgarnął włosy, które kleiły mu się do czoła. Był mokry od potu. Chciał wstać, ale nie był wstanie. Ktoś, jakaś dziewczyna, pociągnęła go z powrotem. Poczuł jej język w swoim uchu, przeszedł go dreszcz. Blondynka obok, śmiała się głośno. Okropnie bolała go głowa. Właściwie było mu wszystko jedno. Nie protestował, kiedy usiadła mu na kolanach, a wtedy zobaczył jego… Lucas stał w drzwiach, szukał go wzrokiem. Zauważył go, a po chwili już był przy nim.

- Chodź, zbieramy się – powiedział stanowczo. Jego jasne włosy lśniły. Niebieskie oczy patrzyły na niego bystrze.

- Nigdzie nie idę – wybełkotał. Dziewczyna na jego kolanach, szepnęła mu coś do ucha. Jej dłoń wplątała się w jego włosy. Poczuł jej usta na swoich, odwrócił głowę.

- Jutro masz koncert, wychodzimy – Lucas wyciągnął do niego rękę.

- Pieprzę to!

- Wcale nie…Jedźmy do domu, to nie jest tego warte – Lucas z niesmakiem spojrzał na pijaną towarzyszkę Patricka.

- Dobrze się bawię – protestował słabo, ale posłuchał. Wstał, odpychając od siebie blondynkę.- Właściwie to mam już dość – szepnął cicho.

- Jutro byś tego żałował – Lucas ruszył przodem, a Paddy chwiejąc się, za nim.- Szukałem cię we wszystkich hotelach – przyjaciel otworzył drzwi taksówki i pomógł mu wsiąść do samochodu.- Ale nic tam…Wyśpisz się, jakoś dojdziesz do siebie.

- Jestem trochę…- Paddy próbował sklecić jakieś sensowne zdanie, ale zrobiło mu się niedobrze. Pochylił się do przodu, starając się powstrzymać gwałtowny ucisk żołądka. Nie udało się. Jego ciałem wstrząsnęły gwałtowne torsje.

- Kurwa! – krzyknął Lucas, odsuwając się i spoglądając z odrazą na swoje brudne buty.- Puściłeś na mnie pawia? – zapytał z niedowierzaniem, zatykając nos.

- Ej, wy tam! Zapłacicie mi za to! – krzyknął wkurzony taksówkarz.

- Kolega ma dużo forsy, niech się pan nie denerwuje – zaśmiał się Lucas, odsuwając się od ciężko dyszącego Paddiego.- Zaraz sam się porzygam…-mruknął z odrazą, ale podał przyjacielowi chusteczkę oraz butelkę wody.

- Dziękuję – Paddy padł na tylne siedzenie.- Zawsze mogę na ciebie liczyć – powiedział ostatkiem sił, a po chwili już spał.

…………………….
Obudził się nad ranem, ale leżał jeszcze dość długo, wspominając stare czasy. Ten sen obudził w nim lawinę wspomnień… Nagle poczuł się, jak tamten zagubiony osiemnastoletni chłopak. Nie potrafił znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca, przyjaciół. Popełniał masę błędów, był naiwny i głupi. Dopiero wiele lat później zrozumiał, jak bardzo dawał się wykorzystywać. Wspomnienia powoli się zacierały, był już innym człowiekiem, ale jedno pamiętał doskonale. Lucas zawsze był przy nim. Ratował z opresji, wspierał, był jedyną osobą, której ufał bezgranicznie. Ufał…No właśnie. Kiedyś mu ufał – zamyślony powlókł się do kuchni, nastawił ekspres do kawy, stwierdzając z niemałym zdziwieniem, że skończyły mu się czyste filiżanki. Wyjął więc papierowy kubek, znaleziony na dnie szuflady. Stanął przy oknie. Nagle za nim zatęsknił. Za Lucasem, którego kochał jak brata, z którym łączyło go ta wiele. Nawet Laura…Zachciało mu się śmiać. Co za ironia losu. Spoważniał po chwili, bo do głowy przyszła mu pewna myśl. Może jemu też jest ciężko. Na pewno dręczą go wyrzuty sumienia. Przecież zawsze był taki wrażliwy…Może jednak powinien z nim porozmawiać…Nalał kawy do kubka, upił łyk i syknął, parząc sobie palce.

- Cholera! – krzyknął. Czuł się parszywie. W dodatku znów za nią tęsknił. Miał tylko nadzieję, że bez niego jest szczęśliwsza. Jedynie ta myśl choć trochę go uspokajała.

………………………………………………

Z trudem otworzył oczy, odwrócił głowę, spojrzał w okno, ale przez zakurzoną szybę widać było jedynie kawałek szarego nieba. Spróbował się podnieść na łokciach, ale bezsilnie opadł z powrotem na poduszkę. Chciało mu się płakać. Zacisnął zęby, próbując powstrzymać cieknące z oczu łzy. Ręka mu drżała, kiedy nieudolnie sięgał po szklanką wody, stojącą na szafce przy łóżku. Upił łyk. Spróbował odłożyć ją na swoje miejsce, ale było to ponad jego siły. Upadła na podłogę, rozbijając się z hukiem.

- A co tutaj się dzieje? – usłyszał znajomy głos i automatycznie odwrócił głowę w stronę drzwi.- Podobno jesteś chory, ale miałem rację, nie wierząc w te bzdury – Jimmy roześmiał się głośno, wchodząc do środka.- Cześć bracie.

- Jimmy? – Lucas wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.

- W całej okazałości – uścisnął chudą dłoń Lucasa, starając się ukryć przerażenie, spowodowane jego nędznym wyglądem. Patrzyli na siebie w milczeniu, ale chwila ta nie trwała długo, bo drzwi znów otworzyły się z hukiem.

- Przecież to szpital! Tutaj też są obiady, śniadania i kolacje! – do pokoju wpadł zirytowany Angelo. W obu dłoniach taszczył ciężkie, wypełnione po brzegi siatki.

- Ale co domowe jedzenie, to domowe – zaraz za nim weszła Patricia z bukietem żółtych tulipanów.- Przyniosłam ci trochę wiosny – uśmiechnęła się do zszokowanego Lucas, wstawiając kwiatki do pustego słoika, który znalazła na umywalce.- Angelo! No co tak stoisz? – zakrzyknęła na brata.- Wyciągaj wszystko, Lucas na pewno jest głodny! – przysiadła na brzegu łóżka, dotykając jego policzka swoją chłodną dłonią. Zamknął oczy. Przez ułamek sekundy czuł się naprawdę dobrze, prawie jak zdrowy…- Mam rosół z kaczki, pieczonego kurczaka i kompot – skwapliwie pokiwała głową.

- Ale co wy tu robicie? – Lucasowi nareszcie udało się zabrać głos.

- Ten idiota Paddy, dopiero wczoraj powiedział mi, że leżysz w szpitalu – Jimmy podszedł do okna, z trudem je otwierając i wpuszczając trochę powietrza.

- Oo trafiłam na swój ulubiony temat! Idiota Paddy! – koło drzwi rozległ się słodki głosik i wszyscy odwrócili głowy w tamtą stronę.- Widzę, że nie tylko ja dopiero się o tym dowiedziałam! – do sali, z głośnym stukotem wysokich szpilek, wkroczyła Nicole.- Mój kochany, jak się czujesz? – ucałowała go serdecznie w oba policzki, a w pokoju zapachniało jej perfumami. – Dobrze wyglądasz – zmierzwiła mu czuprynę i pociągnęła nosem.- Co to za dziwny zapach? – próbowała zlokalizować woń rozchodzącą się po pomieszczeniu.

- Obiadek Patricii – Angelo westchnął i zdjął z nosa zaparowane okulary.

- Jaki dziwny? – Patricia doskoczyła do Nicole i zaczęła wypakowywać termosy.- Samo zdrowie!

- Właściwie to nie mogę niczego jeść – Lucas uśmiechnął się nieśmiało.- Ale na pewno jest pyszne…

- Nigdy nie umiałeś kłamać – Nicole pstryknęła go w nos.- Zawsze byłeś ohydnie nudny i uczciwy.

- Nie zawsze…- Lucas odwrócił głowę. – W najważniejszej sprawie zawiodłem…

- Wiesz co? – Nicole przysiadła na brzegu łóżka.- Paddy z Laurą sami się wykańczają i nie przypisuj sobie w tym zbyt dużej zasługi – uśmiechnęła się wesoło.- Po prostu tak mają. Znów się rozstali.

- Jak to? – Lucas rozszerzył oczy ze zdziwienia.

- Ona pieprzy, że bez niej jest szczęśliwszy, a on robi karierę – machnęła ręką.

- Słuchaj – Jimmy podszedł bliżej, poprawił szary sweter.- Nie możesz być ciągle sam…Gdzie twoi rodzice?

- Są w jakiejś podróży dookoła świata…O ile się nie mylę, teraz powinni być w Azji. Zresztą nie chcę zaprzątać im głowy.

- Boże, co za miłosierny samarytanin! – pisnęła Nicole z niedowierzaniem.- Kiedy stąd wychodzisz? – rozejrzała się po smutnym, szarym pokoju.

- W zasadzie lada chwila…Dzisiaj kończę ostatnią dawkę chemii. Dłużej mnie trzymać nie będą – zapatrzył się w białą ścianę.- Nie mają po co…

- Zamieszkasz u mnie – Nicole nagle się rozpromieniła.- Wprawdzie mieszkam z Laurą, ale na pewno nie będzie miała nic przeciwko…

- Chyba śnię…- Patricia z niedowierzaniem pokręciła głową.

- Daj spokój – Lucas położył swoją bladą dłoń na ręce Nicole.- Wrócę do hotelu, jest świetny. Naprawdę – dodał, jakby chciał przekonać o tym samego siebie.

- Lucas …- Jimmy znów zabrał głos. Nie wiedzieć czemu, wszyscy ucichli.- Nie możesz przez cały czas karać się za to, co zrobiłeś…A wiem, że to robisz. Znam cię – mówił cicho, ochrypłym z emocji głosem.- Każdy z nas popełnia błędy. Paddy też – uniósł dłoń do góry, widząc, że Lucas zamierza mu przerwać.- Zresztą było, minęło..Zamieszkasz u mnie. Ja i tak wyjeżdżam, chcę zagrać parę ulicznych koncertów. Będziesz miał całe mieszkanie dla siebie. I nie przyjmuję odmowy – sięgnął po kurtkę.- Daj znać, kiedy cię wypiszą. Przyjadę po ciebie.

- Dziękuję – Lucas spojrzał na wszystkich zebranych. Ze wzruszenia drżał mu głos.- Nie zasłużyłem…

- Oj, przestań pieprzyć! – przerwała mu zniecierpliwiona Nicole.- Wyjdziesz z tego, a my ci pomożemy! – złapała go za rękę, a on po raz pierwszy od bardzo dawna, promiennie się uśmiechnął.

…………………………………….

- Hej, Nicole! – Paddy zwolnił auto, które własnie prowadził i opuścił szybę.- Co słychać? – zagadał do brunetki, która stanęła na chodniku i zbliżyła twarz do szyby.

- Śpieszę się – poprawiła torebkę i zatrzepotała czarnymi rzęsami.

- Pogadajmy – Paddy nie dawał za wygraną.- Poczekaj, tylko gdzieś tu zaparkuję. Kawa? – spojrzał na nią błagalnie.

- Lampka dobrego wina – przekomarzała się z nim.- Inaczej szkoda mojego cennego czasu.

- Nawet cała butelka – uśmiechnął się, zawracając na pobliski parking.

- Widziałam cię w telewizji – po kwadransie, Nicole sączyła białe wino, przegryzając je orzeszkami.- Dajesz czadu, masz w ogóle czas na życie prywatne?

- Nie mam i nie chcę mieć – Paddy przechylił do dna swój kieliszek. – Zrozumiałem coś – zamyślił się na chwilę.- Moje miejsce jest na scenie. Tylko tam jakoś sobie radzę.

- Nie wierzę…- Nicole pokręciła głową.- Po prostu nie wierzę…Laura to taka zajebista laska, a ty odpuściłeś? Jesteś gejem?

- No wiesz…- obruszył się.- Ty jak coś powiesz…To decyzja Laury. Już raz ją zmusiłem żeby spróbowała…Nie wyszło. Nie chcę jej ranić, krzywdzić, wypominać przeszłości. Chcę żeby była szczęśliwa.

- Pieprzysz głupoty – Nicole bacznie przyglądała się swoim paznokciom w kolorze fuksji.- Bredzisz jak potłuczony, Paddy. Przeszłość już dawno za wami, ile razy ona ma ci udowadniać że jej zależy, że żałuje? – zapytała nie czekając na odpowiedź.- A może tu chodzi o Lucasa? Powinieneś z nim pogadać, wierz mi, że jak go zobaczysz, zrozumiesz wreszcie, co w życiu jest najważniejsze.

- Tak bardzo z nim źle? – zapytał szeptem.

- Bardzo – pokiwała głową.- Mieszka teraz u Jimma. Powinieneś go odwiedzić.

- A Laura? Co u niej? – zapytał jakby od niechcenia, nie spuszczając z niej wzroku.

- A wiesz, prawie jej nie widuję – Nicole oblizała usta.- Wkręciła się w pomoc tym dzieciakom ze szpitala. Razem z Danielem chcą otworzyć jakiś darmowy odział czy coś…Nie wiem dokładnie, nie interesuję się tym – podstawiła pusty kieliszek, a Paddy napełnił go winem.- To znaczy nie myśl sobie, że nie obchodzi mnie los chorych dzieci – poprawiła włosy.- Ale wiesz, no bez przesady…Można przecież wysłać przelew, nie? – spojrzała na niego, ale sprawiał wrażenie nieobecnego.- W każdym razie spędzają całe dnie na rozkręcaniu tego przedsięwzięcia…Praca, praca, praca…Jakby to było w życiu najważniejsze…- skrzywiła się.- Teraz też pewnie z nim jest – spojrzała na zegarek i przewróciła oczami.

- Ach, z Danielem… – starał się przybrać obojętny ton. To świetnie, cieszę się, że jest szczęśliwa.

- Szczęśliwa? – Nicole uniosła brwi ze zdziwienia.- Taaaa…Tak samo jak i ty, głupku – mruknęła, ale chyba jej nie usłyszał. Wpatrywał się w swój kieliszek, lekko nim kołysząc. Za długa grzywka opadła mu na czoło, poprawił ją bezwiednie.

- Paddy…Wiesz co – przerwała panującą między nimi ciszę.- Super się z tobą gada, ale trochę się spieszę – sięgnęła po torebkę.- Za godzinę mam randkę, a muszę jeszcze wziąć prysznic, przebrać się, poprawić makijaż i kto wie, co jeszcze…- westchnęła ciężko.- Także sam rozumiesz…- zawiesiła głos w oczekiwaniu na jego reakcję.

- A tak… Jasne – zachowywał się jak wyrwany z głębokiego snu.- Zamówię ci taksówkę – sięgnął po telefon, jednocześnie szukając portfela.

- Dzięki, naprawdę muszę już pędzić – cmoknęła go w policzek, zostawiając na nim czerwony ślad.- Rzadko zdarza się żeby Daniel miał wolny wieczór, więc wiesz…Muszę korzystać – roześmiała się.

- Daniel? – zapytał od razu.

- No tak, a kto? – zapytała ze zdziwieniem.

- Ten Daniel? – patrzył na nią jakby zobaczył ducha.

- Tak ten – poklepała go po ramieniu.- Doktorek – pokiwała głową z satysfakcją.- Jest mój, nie martw się Laurze go nie oddam – otworzyła drzwi prowadzące na dwór.- Taksówka już jest – ucieszyła się.

- Nicole! – zawołał, kiedy ruszyła w stronę samochodu.- Dzięki za spotkanie, jesteś kochana! – uśmiechnął się szeroko, po raz pierwszy tego dnia. Poczuł, że z serca spada mu ogromy ciężar.

…………………………………………………

Miejsce było słabe. Zaraz przy metrze, ale w samym kącie, śmierdzącym walającymi się tam śmieciami. Kopnął plastikową butelkę, która pałętała mu się pod nogami i zaklął. Spojrzał na leżący obok kapelusz. Był pusty.

- Na co mi to było? -mruczał sam do siebie, przeglądając nuty. Szczerze mówiąc, miał dość. Od tygodnia zmieniał miejsca swoich występów. Kolonia, Berlin, Dublin…Dzisiaj Londyn…Tu szło mu zdecydowanie najsłabiej. Garstka ludzi, przyglądała mu się bez zainteresowania. Poprawił czapkę opadającą na czoło i sięgnął po gitarę. Ostatnia piosenka i spada z tego syfiastego miejsca. Poczuł się stary i nic nie warty. Potarł czoło. Ochrypłym głosem zaczął śpiewać.

You might say you’re pretty
You might say you’re free
Life may be so easy
Love may be so free
Cover the road, cover the road
Till the end of time

Patrzył przed siebie, lekko mrużąc oczy. Doszło kilka osób, kilka monet zadźwięczało w kapeluszu. Poczuł suchość w gardle. Mia niesamowitą ochotę na piwo. Oblizał spieczone wargi i wtedy ją zobaczył. Stała dosyć blisko, jasne włosy opadały jej na ramiona, żółta sukienka opinała pokaźnych rozmiarów brzuszek. Słuchała go z lekkim uśmiechem na ustach. Powiał wiatr, poprawiła brązową apaszkę w kwiaty, z czułością pogłaskała swój brzuch. Przerwał śpiew…Wprost nie mógł oderwać od niej wzroku. Rozległy się oklaski, a ona pomachała mu wesoło. Pośpiesznie schował gitarę, nuty wrzucił do plecaka i już był przy niej.

- Rose, miło cię widzieć – nie mógł oderwać wzroku od tej sukienki…

- Jimmy! – pisnęła rzucając mu się na szyję.- Nigdy bym się nie spodziewała, ze ty…Tutaj! – naprawdę cieszyła się na jego widok.- Ćwiczysz przed jakimś występem? – zapytała przytulając twarz do jego szorstkiego policzka.

- Można tak powiedzieć – chrząknął speszony.- Nie mogła przecież wiedzieć, że Londyn wcale nie był przypadkowy, że właśnie jej szukał w tłumie. Teraz stałą przed nim, a on nie mógł wydobyć z siebie żadnego sensownego zdania.- Zaprosiłbym cię na piwo, ale chyba nie możesz…- spojrzał na nią znacząco.- Wyglądasz kwitnąco – szepnął, omiatając ją wzrokiem.

- Dziękuję – dotknęła brzucha, miał wrażenie, że w jej oczach zobaczył smutek, ale być może tylko mu się zdawało…Po chwili uśmiechała się do niego, biorąc go za ręką.- Chodź na kawę, pogadamy, opowiesz mi co u ciebie – pociągnęła go w stronę kawiarni.

Rozmawiali przez cały wieczór. Była wesoła, dowcipna, subtelna, piękna…Mimo, że śmiali się i żartowali, do hotelu wracał z uczuciem ogromnego smutku. Miał wrażenie, że coś stracił. Coś ważnego, a może nawet najważniejszego w całym jego życiu? Niewiele mówiła o ojcu dziecka, które nosiła pod sercem. Kilka słów. Poznali się zaraz po jej przyjeździe do Londynu, też jest nauczycielem, dzięki niemu zapomniała o Paddym…Cieszył się, że ułożyła sobie życie, że będzie mamą. Czyż nie o tym przekonywał ją, podczas ich wspólnych rozmów? Nie wiedział tylko dlaczego poczuł się odarty z marzeń, z wiary w prawdziwą miłość…

……………………………………
Obudził go dzwonek telefonu. Przetarł oczy, próbując zlokalizować, która jest godzina. Spojrzał na zegarek, dochodziła trzecia. Jęknął, przewracając się na drugi bok. Przyłożył komórkę do ucha.

- Kto, do licha…- zaczął, ale nie dokończył, bo usłyszał płacz.

- Jimmy – Rose, pociągnęła nosem, a on usiał wyprostowany na łóżku. Po senności nie został nawet ślad.- Przepraszam, że cię obudziłam – chlipała. Ścisnęło mu się serce.

- Nie szkodzi – powiedział szybko, kurczowo trzymając telefon.- Co się stało?

- Kłamałam – płakała coraz bardziej, z trudem rozumiał jej słowa.- Ojciec dziecka…Wcale z nim nie jestem. I nie chcę być – usłyszał jakiś szelest, a potem z impetem wydmuchała nos.- Cieszę się, że będę mamą, Jimmy – oczami wyobraźni widział, jak głaszcze się po brzuchu.- Ale tak bardzo się boję. Przepraszam, już się rozłączam. Na pewno nic cię to nie obchodzi, masz swoje sprawy – pociągnęła nosem.- Chciałam ci tylko podziękować za dzisiejszy wieczór, Jimmy…I chcę żebyś znał prawdę…

- Poczekaj! – krzyknął, skacząc na jednej nodze. Nieudolnie próbował założyć spodnie, przy pomocy jednej tylko ręki.- Podaj mi adres, już do ciebie jadę.

- Naprawdę? – w jej głosie usłyszał niedowierzanie i radość.

- Tak – miotał się po pokoju w poszukiwaniu butów i skarpetek.

- Jimmy…- szepnęła wprost do słuchawki.- Jesteś najlepszy…Czekam.

122. STAY BESIDE ME

z10756783Q,Agnieszka-Wiedlocha-

14079584_884703691634240_6084195909548407911_n

122.

- Co zamierzasz? – Nicole weszła do pokoju niosąc drewnianą tacą, na której stała miska napełniona chipsami oraz butelka coli.

- Nie wiem, nie mam pojęcia…- Laura leżała na wznak na wielkim łóżku, przykrytym włochatą, różową kapą. Założyła ręce za głowę. Spojrzała w sufit.- Tym razem co mówił?- zapytała przyjaciółki. Sięgnęła po chipsa, powoli włożyła go sobie do ust.

- To samo, co wczoraj i przedwczoraj – Nicole opadła obok. Leżały przez chwilę w milczeniu.

- I co odpowiedziałaś? – nie mogła się powstrzymać, żeby nie zapytać.

- To co kazałaś – Nicole westchnęła, a potem roześmiała się.- Że potrzebujesz trochę czasu, ale nadejdzie dzień, kiedy z nim pogadasz – zachichotała.- I żeby był cierpliwy, bo mamy jeszcze spore zapasy w barku.

- Tego nie kazałam ci mówić! – Laura pisnęła i uniosła się na łokciu.- A jeśli popełniam błąd? – spoważniała nagle.- Problemy powinniśmy rozwiązywać razem…Poza tym strasznie za nim tęsknię.

- Nie dramatyzuj – Nicole wpatrywała się w swoje kolorowe paznokcie.- Tak kosmetyczka jest do bani, nie pójdę tam więcej – stwierdziła ze złością.- Spójrz, widzisz? – zamachała jej ręką przed oczami.

- Co takiego? – Laura spojrzała na dłoń przyjaciółki, starając się zrozumieć o czym mówi.- Dobrze się czujesz? – zapytała z powątpiewaniem.

- Odprysk – stwierdziła gorzko.- A miały się trzymać co najmniej sześć tygodni…

- Boże zwariuję – Laura sięgnęła po szklankę, napełniła ją whiskey, dolała coli.- Chyba się uzależniłam od tego napoju – upiła solidny łyk.- A ty mogłabyś trochę mi współczuć, mój związek wisi na włosku, nie mam pojęcia co robić.

- Przecież on cię kocha – Nicole spojrzała na nią ze zdziwieniem.- Po prostu do niego wróć. Szczerze mówiąc mam już ciebie trochę dość – puściła do niej oko. – Siedzisz u mnie trzeci dzień, a Paddy był tu…- zastanowiła się przez chwilę.- Czekaj, policzmy…Wczoraj dwa razy, przedwczoraj też, dzisiaj tylko raz…

- Pięć razy – Laura podsumowała smętnie.- Wiem, że mnie kocha. Poświęcił tak wiele żebyśmy byli razem, ale czy on to przemyślał? – nie czekając na odpowiedź, kontynuowała.- Wydawało mu się, że po prostu wrócimy do tego co było, ale te dwa lata zbyt dużo zmieniły…Nigdy mi nie wybaczy, a już na pewno nie zapomni – dodała z żalem.- A ja tak nie chcę. W ten sposób nigdy nam się nie uda.

- A mogę się dowiedzieć, o co w ogóle poszło? – Nicole usiadła na łóżku.- Smęcisz, ględzisz, a tak naprawdę nie powiedziałaś dlaczego się pokłóciliście.

- Poszło o Lucasa…

- Co? – Nicole otworzyła usta ze zdziwienia.- Znowu się z nim przespałaś?

- Idiotka – Laura prychnęła pogardliwie.- Przez chwilę głęboko się nad czymś zastanawiała.- Posłuchaj, obiecałam, że nikomu nie powiem, ale chyba powinnaś o czymś wiedzieć…Znacie się przecież od dziecka…Lucas jest poważnie chory, ma raka. Byłam u niego w szpitalu, a Paddy nie może tego przeboleć…Tylko, że wiesz…- pochyliła głowę.- Nie wiadomo ile czasu mu zostało.

- Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz? – Nicole krzyknęła z oburzeniem, zerwała się i ze zdenerwowania pochłonęła całą garść chipsów.- W którym szpitalu leży? Pojadę do niego jutro z samego rana.

- Nie sądzę żeby to był dobry pomysł – Laura obgryzała paznokcie.

- Obie z nim spałyśmy, więc dlaczego tylko ty możesz go odwiedzać? – przyjaciółka spojrzała na nią z całkowitą powagą.

- Boże daj mi siłę – Laura westchnęła, ale w głębi duszy cieszyła się, że zrzuciła z siebie ten ciężar. Choroba Lucasa pokryła cieniem wszystko wokoło i coraz trudniej było jej dusić to w sobie.- No dobra, jedź jutro do niego – zgodziła się.- Pewnie będzie na mnie wściekły, ale trudno. Przecież nie może przez cały czas być sam.

- Bardzo źle się czuje? – zapytała Nicole drżącym głosem.

- Niestety tak…- Laura nie zdążyła dokończyć, bo znów rozległo się pukanie do drzwi.

- Tym razem będę ostra! – Nicole w bojowym nastroju ruszyła do przedpokoju, a Laura ścisnęła poduszkę. Serce zabiło szybciej i wbrew sobie zaczęła nasłuchiwać. Jakaś część niej miała nadzieję, że to znowu on…

- Paddy idź sobie! – Brunetka stała pod drzwiami, krzycząc. Starała się, żeby jej głos brzmiał poważnie i groźnie.- Ona nie chce cię widzieć!

- Proszę cię nie drażnij mnie – usłyszała wściekłość w jego głosie. – Otwieraj te drzwi, do cholery!

- Nie masz serca, to teraz cierp! -pisnęła z całej siły.- Zazdrosny o śmiertelnie chorego człowieka, egoista jeden! – dodała, ale trochę ciszej.

- Nicole, nie prowokuj mnie – usłyszała w odwecie.

- A co? Wyważysz drzwi? – wrzasnęła. Była w swoim żywiole i ani myślała się poddawać.

- Otwórz mu – nagle usłyszała za sobą cichy głos Laury. Odwróciła się zaskoczona.

- Żartujesz? – odrzuciła do tyłu kruczoczarne włosy.- Nie ma mowy!

- Otwórz – szepnęła.- Porozmawiam z nim.

- Ale przecież dopiero mówiłaś, że nie jesteś gotowa, że to nie ma sensu…Jesteś pewna? – Nicole nie miała ochoty opuszczać swojego stanowiska pod drzwiami. Uwielbiała jak coś dzieje.

- Jestem pewna…- minęła przyjaciółkę, przekręciła klucz.- Zostawisz nas samych? – spojrzała znacząco na Nicole, która niechętnie, ale posłusznie oddaliła się do kuchni, co chwila odwracając się za siebie. Stanęła twarzą w twarz z zaskoczonym Paddym, który nie spodziewał się, że jednak mu się uda. Był blady i jakiś przygaszony.

- Nicole jest zdrowo rąbnięta – pokręcił głową i spojrzał na nią smutnymi oczami. Ścisnęło jej się serce. Tak bardzo za nim tęskniła. Zrobiła krok do przodu i na jeden ułamek sekundy przylgnęła do niego całym ciałem. Poczuła jego usta na swoim czole. Cofnęła się. – Nie bój się. Nie przyjechałem tu prosić się żebyś ze mną uciekła, tak jak ostatnio – uśmiechnął się nieznacznie.

- Nie? – zapytała trochę głupio i wbrew sobie, poczuła nutkę rozczarowania.

- Zresztą teraz, pewnie byś mnie wyśmiała – dodał.

- Tak sądzisz? – wpatrywała się w niego, niezdolna wykonać jakikolwiek ruch.- Mogę zadać ci jedno pytanie?

- Jasne – oparł się o ścianę.

- O czym myślałeś, kiedy szukałeś mnie wtedy na lotnisku?

- Tylko o jednym. Żeby być z tobą. Reszta w ogóle się nie liczyła.

- No właśnie – stwierdziła gorzko.- Okazuje się, że ta reszta ma jednak ogromne znaczenie…- westchnęła.

- Nawaliłem na całej linii – Paddy przysunął się nieco bliżej. Miała ochotę pogłaskać go po policzku, przejechać dłonią po włosach.- Obiecałem ci, że jeśli wsiądziesz do tego samochodu, jeśli pojedziesz ze mną, wszystko będzie dobrze, wszystko się uda. Tak się nie stało. Nie dotrzymałem słowa.

- Nieprawda! – dotknęła jego ręki.- To nie twoja wina, że masz uczucia, Paddy. Masz do mnie żal. Nie ufasz mi – to przykre, ale nie mogę cię za to winić.

- Laura, proszę cię, wróć ze mną do domu. Razem, damy radę. Tylko wróć – szepnął błagalnie. Odwróciła głowę. Tak naprawdę, tylko tego pragnęła. Wziąć go za rękę i wyjść.

- Nie mogę – odpowiedziała jednak.- Nie dbam o to, co myślą o mnie inni, co mówią i jak mnie nazywają – nagle wspomnienia ich kłótni wróciły. Poczuła jak oblewa ją gorący rumieniec. Słowo, którym ją nazwał, piekło do żywego.- Ale wiem jedno – kontynuowała dalej spokojnie. O jej zdenerwowaniu świadczył tylko lekko drżący głos.- Nie możesz być z kimś, o kim myślisz w ten sposób. Tylko na twoim zdaniu mi zależy. A ja, nie mogę kochać kogoś, kto uważa mnie za…- przerwała. To było zbyt trudne – za dziwkę – dokończyła z wysiłkiem. – To nie tak miało wyglądać, Paddy. Musimy to zrobić jeśli chcemy zachować do siebie resztki szacunku. Inaczej dojdzie do tego, że się znienawidzimy…

- Musimy zrobić co? – zapytał głucho. Głos miał zmieniony, jakby obcy.

- Może oboje potrzebujemy czasu – szepnęła.- Może osobno będzie nam łatwiej? – sama przestraszyła się swoich słów.

- Widzę, że już podjęłaś decyzję – stwierdził cicho. W jego głosie wyczuła zwątpienie, a może rezygnację?

- Podjęłam? – zapytała zaskoczona.- Tak, chyba tak…- odpowiedziała jak we śnie. Czy to wszystko działo się naprawdę? -Idź już – nie chciała żeby widział jak płacze. Z całej siły zacisnęła powieki. Długą chwilę czekała na to, co powie. Przez ułamek sekundy wyobrażała sobie, że wsiadają razem do samochodu i odjeżdżają. Nie, nie nie. To nic nie da. Już raz próbowali. Spojrzał na nią z niedowierzaniem.- Odpowiedz mi szczerze na jedno pytanie – poprosiła.- Wierzysz, że umielibyśmy zacząć po raz kolejny od nowa? Zapomnieć? Wybaczyć? Zaufać sobie?

- Nie wiem – odpowiedział patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. Jego wzrok sprawił, że zadrżała. Zapragnęła uciec jak najdalej, schować się, nie myśleć, nic nie czuć.

- Tak więc wszystko jasne – ostatnia iskierka nadziei gdzieś się ulotniła. Miała wrażenie, że on oddala się od niej, a ona nie może nic z tym zrobić.

- To koniec? Tak po prostu? – zapytał nagle stłumionym głosem.

- Chyba tak…- odpowiedziała zdumiona. To naprawdę się stało? Odwróciła głowę. Po chwili usłyszała, że wyszedł. Cicho zamknął za sobą drzwi. Zagryzła wargi. Łzy same popłynęły. Łzy bólu i rozczarowania, utraconej miłości… Wiedziała jednak, że nie mogła postąpić inaczej. Nie mogła…Była w sypialni, kiedy drzwi otworzyły się ponownie. Stanął przed nią. Niedbale zawiązany szalik zsunął mu się z szyi.

- Powiedz mi. Co mógłbym jeszcze zrobić? – zapytał zrozpaczonym głosem.

- Nie wiem, Paddy…Nie wiem…- zapłakała.- Musiałbyś po prostu we mnie uwierzyć.

Nie pamiętała, jak długo jeszcze stali, patrząc się na siebie w milczeniu. Nie słyszała, co mówiła Nicole, kiedy płacząc padła na łóżko. Do samego rana, nasłuchiwała w nadziei, że może wróci i przekona ją bardzo się myliła. Nie przyszedł.

……………………………………………

- Dobra, w takim razie wszystko mamy ustalone – kilka dni później Paddy rozmawiał przez telefon ze swoim agentem. Omawiali szczegóły trasy koncertowej. Odłożył słuchawkę i uśmiechnął się do siebie. Pierwszy koncert już za dwa miesiące. Nie mógł się doczekać. Tego mu było trzeba. Jeden koncert po drugim, mało snu, ciągły bieg, adrenalina. Nie mógł w to uwierzyć, ale naprawdę za tym tęsknił. Ruszył do kuchni. Miał zamiar spędzić samotny wieczór przed telewizorem. No może w towarzystwie czystej z lodem. Otworzył szafkę, kiedy rozdzwonił się dzwonek do drzwi. – Cholera! – syknął, bo kubek stojący na najwyższej półce, z hukiem rozbił się o podłogę. W milczeniu zebrał porcelanowe skorupy. Laura lubiła pić w nim kawę, przypomniał sobie nagle. W zamyśleniu patrzył na popękane szkło. Jeśli nawet by go skleił, i tak zostaną rysy. Kto by chciał w takim kubku cokolwiek pić? – z trzaskiem wyrzucił odłamki do kosza. Dzwonienie do drzwi nie ustało, więc poirytowany ruszył do przedpokoju.

- Ooo braciszek – mruknął na widok Jimmiego.- Wchodź, wchodź brachu, napijemy się.

- Jesteś sam? – Jimmy ze zdziwieniem rozejrzał się po pustym salonie, wszedł do kuchni, pokręcił głową, patrząc na stos brudnych naczyń, stół zastawiony kubkami z niedopitą kawą i herbatą, podłogę upstrzoną plamami i okruchami.

- Sam, sam, jakże by inaczej – Paddy otworzył lodówkę. Była prawie pusta, jeśli nie liczyć butelki wódki, ketchupu i kilku pustych słoików.- Taki już nasz los, braciszku – nagle parsknął śmiechem.- Kochają nas, a potem odchodzą, bez mrugnięcia okiem – usiadł przy stole, napełnił dwa kieliszki.- Nasze zdrowie!

- Rozstaliście się? Znowu?!- krzyknął zszokowany Jimmy.- Patricia się załamie, kiedy się dowie, że na darmo pogodziła się z Laurą – dodał ze złośliwym uśmieszkiem.

- Zamknij się! – Paddy z trzaskiem odłożył butelkę na stół.- Kiedyś nie pozwoliłem jej odejść, może teraz powinienem? – dodał ciszej, jakby sam do siebie. – Odpuścić, żeby mogła zacząć od nowa? Żeby była szczęśliwa?

- Co ty bredzisz? – Jimy patrzył na niego z zdziwieniem.- Kompletnie wam odbiło? Odpuścić? Teraz? Kiedy wreszcie możecie być razem? – podniósł do góry swój kieliszek i wypił jego zawartość jednym haustem.

- Wiesz, że Lucas jest umierający?- zapytał nagle Paddy.

- Lucas? Nasz Lucas?

- Tak, ma raka – pochylił głowę, dłonie mu drżały.- A wiesz, że ja nadal go nienawidzę? – utkwił wzrok w starszym bracie.- I to przeraża mnie najbardziej – do jego kieliszka wpadła pojedyncza kropla. Łza…

………………………………………………..

- Laura, skończyłaś na dzisiaj? – odwróciła się zaskoczona. Stała właśnie na przystanku, wpatrując się w słup ogłoszeniowy, na którym powieszono ogromny plakat, reklamujący trasę koncertową Patricka Kelly. Prawie codziennie inne miasto, inne państwo… Niemcy, Austria, Czechy, nawet Polska…Poczuła ukłucie w sercu, ale opanowała się. Wzięła głęboki oddech. Minęły jakieś dwa miesiące, szybko się ogarnął. Ale to dobrze. A nawet bardzo dobrze. To tylko upewniało ją w słuszności podjętej decyzji.

- Tak, koniec na dziś – uśmiechnęła się do stojącego obok Daniela.

- Świetnie wyglądasz- spojrzał na nią z uznaniem.

- To raczej niemożliwe, ale dziękuję – starała się nie myśleć o tonie pudru, który nakładała codziennie na sińce pod oczami.

- A co u ciebie? – zapytał.- Nie odzywasz się ostatnio.

- Przepraszam, nie miałam czasu – dotknęła rękawa jego płaszcza, uśmiechnęła się przepraszająco.- Po prostu ostatnio miałam dużo pracy…- zamyśliła się nagle.- Musiałam też się czegoś nauczyć, w zasadzie ciągle to robię.

- Co takiego? – zapytał zdumiony.

- Uczę się, jak wstawać rano, jeść, pić, rozmawiać, pracować i uśmiechać się – szepnęła sama do siebie.

- Słucham? – Daniel wpatrywał się w nią, nic nie rozumiejąc.- Możesz głośniej? Przez te autobusy i samochody nic nie słychać.

- Jak robić to wszystko – kontynuowała, nie słuchając go.- Bez niego…- dodała już zupełnie cicho. Tak cicho, że sama ledwo słyszała swój własny, smutny głos.

- Halo! Dobrze się czujesz? – Daniel patrzyła na nią coraz bardziej zaniepokojony.

- Tak…Już tak – spojrzała na plakat.- Zabierz mnie gdzieś, na jakiś spacer albo kawę, dobrze?

- Jasne, nie ma sprawy – ruszyli przed siebie, kuląc się przed porywistym wiatrem. Znowu padał śnieg. Uśmiechnęła się do siebie. Coraz łatwiej jej to wychodziło.

121. END OF TIME

13912892_900441976727940_5357111063195757769_n

agnieszka-wiedlocha-pod-studiem-ddtvn-336275-GALLERY_BIG

121.
Obudził go potworny ból głowy. Wstał, pocierając dłonią czoło. Spojrzał na łóżko. Laura jeszcze spała. Przez chwilę obserwował jej usta, zamknięte powieki, ozdobione wachlarzem czarnych rzęs. Tak bardzo ją kochał. Kiedy przyglądał się jak śpi, wszystko wydawało mu się takie proste. Dotknął jej dłoni, a ona obróciła się na drugi bok. Syknął, bo zakręciło mu się w głowie. Kac…Wolnym krokiem powlókł się do łazienki, przemył twarz zimną wodą i połknął dwie tabletki przeciwbólowe. Dopiero po chwili dotarło do niego, co naprawdę się stało. Przypomniał sobie wczorajszy wieczór, rozmowę z Brendą, a potem słowa, które powiedział Laurze. Pamiętał, jak przytulała go, przepraszając i jak płakała, wtulając twarz w jego ramię…Był na siebie wściekły, przeszłość wracała w najmniej odpowiednich momentach, a wtedy tracił rozum. Spojrzał na zegarek, dochodziła ósma.

- Cholera! – krzyknął, plamiąc spodnie, bo filiżanka z kawą przechyliła się niebezpiecznie. Odłożył ją na stół i wybrał numer do Brendy. Koniecznie musiał z nią porozmawiać. Nagle obleciał go strach. A co jeśli wykorzysta jego słowa? Opowiadał jej o Laurze, o zdradzie, o Lucasie…- Jesteś skończonym kretynem – mruczał sam do siebie, czekając aż odbierze. Nie doczekał się. Upił ostatni łyk gorzkiej kawy, zgarnął kluczyki i nie zważając na złe samopoczucie pobiegł do samochodu.

W domu nie było nikogo. Przez chwilę stał, zastanawiając się co robić, kiedy przyszło mu do głowy, że pewnie jest już w pracy. Być może pisze własnie nowy, ekscytujący artykuł na jego temat. Jak mógł być tak głupi i opowiadać jej o swoich prywatnych sprawach? Przekręcił kluczyki i ruszył, z całej siły dodając gazu. Podjechał na parking akurat w momencie, kiedy otworzyły się drzwi, a Brenda we własnej osobie znalazła się parę metrów od niego.

- Dobrze że cię widzę – podszedł do niej szybkim krokiem, starając się uspokoić oddech.

- Cześć – uśmiechnęła się.- W rękach trzymała kartonowe pudełko.- Już wstałeś? Głowa cię nie boli? – szturchnęła go w ramię.

- Muszę z tobą porozmawiać – odciągnął ją na bok. – To co ci wczoraj powiedziałem…Nie wykorzystasz tego? – zapytał prosto z mostu.

- Słucham? – jej twarz nagle zesztywniała.

- Byłem pijany, mówiłem trochę zbyt dużo – podrapał się po głowie.- Ile kosztuje twoje milczenie? – poklepał się po kieszeni, w poszukiwaniu portfela?

- Ile kosztuje? -wykrztusiła ze zdziwieniem. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami. – Nie stać cię – rzuciła nagle i odwróciła się.

- O mnie możesz pisać co chcesz, Laurę zostaw w spokoju! – podniósł głos, znów stanął obok niej.- Jeśli przeczytam na jej temat choć jedno słowo, nie daruję ci tego – spojrzał jej w oczy.

- Dlaczego ciągle jej bronisz? – krzyknęła wściekła. – Nie widzisz, że i tak nic z tego nic nie będzie?

Teraz to on stał jak wryty i wpatrywał się w nią zdumiony. Chciał krzyknąć, powiedzieć, że gada głupoty, zamiast tego zapytał cicho.

- Dlaczego tak myślisz?

- Nie możesz zapomnieć o tym, co ci zrobiła. To jest i będzie między wami. Nie uwolnisz się – kurczowo ściskała brązowe pudełko. Zacisnęła usta, tak jakby próbowała powstrzymać się od płaczu.- Odeszłam – szepnęła cicho.- Zwolniłam się z pracy, myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi Patrick…

- Jak to odeszłaś? – dopiero teraz dotarło do niego, że jest wcześnie rano, a ona już wychodzi z redakcji.

- Nikt nie będzie mi mówił co i o kim mam pisać – uśmiechnęła się słabo.- Możesz spać spokojnie – dodała, nie patrząc na niego.

- Cholera jasna…- jęknął.- Przepraszam – dotknął jej ramienia.- Chyba wariuję. To wszystko kompletnie mnie przerasta, w dodatku męczy mnie kac – dotknął swojej głowy. Było mu głupio. Nie mógł jednak zapomnieć słów, które przed chwilą usłyszał.

- Jesteś wspaniałym facetem, Patrick – Brenda odstawiła pudełko, poprawiła szary, elegancki płaszcz. Ja też przepraszam za to, co ci powiedziałam – bezwiednie bawiła się końcówką czarnego szalika.- Życzę ci jak najlepiej. Wam – poprawiła się.- Pamiętaj tylko, żeby przeszłość nie przysłoniła ci teraźniejszości. Inaczej nigdy nie ruszysz na przód – spojrzała smutno w jego oczy. Patrzyła na miękki zarys ust, zmarszczki, które dodawały mu uroku, przydługie włosy, opadające na czoło…Nieśmiało dotknęła dłonią jego policzka. Poczuła smutek i żal. Kolejny raz w życiu. Cofnęła się. Uniosła głowę. Nie mogła pokazać, jak bardzo je zależy. Przecież to i tak nie miałoby żadnego sensu.

- Nic o nas nie wiesz – szepnął, wpatrując się w czubki swoich butów.

- Widzę jak się męczysz. Nie możesz się od tego uwolnić – zerknęła na niego. Poprawiła włosy, strzepnęła z rękawa płatki śniegu.

- I co teraz? – zapytał, zmieniając temat. Przecież nie będzie się jej tłumaczył. – Zostałaś bez pracy.

- Coś sobie znajdę – wysiliła się na uśmiech.- I tak miałam dość tej roboty. A może zacznę pisać książkę? Będę miała mnóstwo czasu, zawsze o tym marzyłam – roześmiała się.

- Świetna z ciebie dziewczyna – przytulił ją lekko.- Dziękuję i przepraszam, że w ciebie zwątpiłem.

- Mam nadzieję, że odwiedzisz nas jeszcze kiedyś. Jack na pewno się ucieszy.

- Jasne – schował ręce do kieszeni. Zrobiło się zimno, wiał silny wiatr. – Muszę już wracać – tupnął kilka razy, bo czuł, że zamarzają mu stopy.

- No pewnie, jedź do domu. Do Laury – stała, nie ruszając się z miejsca.

- Tak, do Laury – przytaknął. – I nie masz racji – dodał nagle, nie wiedząc po co. Może chciał przekonać samego siebie? – Przeszłość już dawno za nami. Nie mam z tym żadnego problemu.

- Mam nadzieję – Brenda ostatni raz spojrzała na niego i otulając się płaszczem, odeszła.

……………………………….

Było już późne popołudnie, kiedy dotarła do domu. Otworzyła drzwi, zdjęła puchową kurtkę. Rozcierając zmarznięte dłonie ruszyła do kuchni, skąd dobiegał ja smakowity zapach.

- Jesteś wreszcie – Paddy odwrócił się, odłożył łyżkę, którą przed chwilą zawzięcie mieszał w garnku. – Gdzie byłaś? Ugotowałem zupę – wyciągnął z szafki dwa talerze.

- Zupę? – uśmiechnęła się, siadając przy stole.

- Przepis od jednego meksykańskiego kucharza, rozgrzeje cię – postawił przed nią parujący talerz, a sam usiadł obok. Przez chwilę jedli w milczeniu.- Przepraszam – odezwał się nagle.- Za wczoraj, za swoje zachowanie – spojrzał na nią niepewnie.- Jestem idiotą.

- Staram się ciebie zrozumieć- westchnęła.- Szkoda tylko, że zamiast rozmawiać ze mną, wolałeś spędzić wieczór u Brendy…- zawiesiła głos. Nie miała zamiaru robić mu wyrzutów, ale to bolało.

- To nie tak – złapał ją za rękę, przysunął się bliżej.- Nie planowałem tego, samo wyszło. Wkurzyłem się, że nie odbierasz telefonów. Sam nie wiem o czym myślałem.

- Muszę ci o czymś powiedzieć – zaczęła, poprawiając się na krześle.- To ważne.

- Poczekaj – przerwał jej. – Dzisiaj rano pojechałem do Brendy. Przestraszyłem się, że zbyt dużo jej powiedziałem – potarł dłonią czoło.- Może to prawda, że nie potrafię uporać się z przeszłością, ale staram się i kocham cię, Laura…Przepraszam.

- Obiecaj mi, że już nigdy nie będziesz rozmawiał z kimkolwiek o naszych prywatnych sprawach, Paddy – szepnęła cicho.- Prawda jest taka, że nie mam się czym chwalić – dodała smutno.

- Masz – złapał ją za obie dłonie, pochylił głowę, na każdej złożył długi pocałunek.- Znam cię. Jesteś dobra, jesteś wyjątkowa, jesteś moja…

- Paddy – uniosła dłonie, objęła nimi jego twarz, opuszkami palców dotknęła policzków. Zbliżyła swoje czoło do jego.- Pragnę być jak najlepsza, dla ciebie. I obiecuję, już nigdy więcej cię nie skrzywdzę. Jestem inną osobą, kiedy jesteś ze mną. Dzięki tobie, wiesz? – pocałowała go prosto w usta. Najpierw delikatnie, potem bardziej namiętnie. – Chcę ci tylko o czymś powiedzieć, musisz zrozumieć…

- Za chwilę – jęknął, unosząc ją i sadzając sobie na kolanach. Jego dłonie wsunęły się pod jej bluzkę. Gładziły jej plecy, zsuwały się coraz niżej. Objęła go nogami, jednocześnie pozbywając się bluzki. W tym czasie Paddy uporał się z guzikiem jej spodni. Objęła go za szyję, wykonując miękkie, posuwiste ruchy. Upajała się jego zapachem, miękkością włosów, które czuła pod palcami. Krzesło zachybotało niebezpiecznie, ale nie zwracali na to uwagi. Ogarnięci namiętnością, zapomnieli o wszystkim. Oddychała ciężko, czując jego drżące ciało tak blisko swojego. Krzyknęła, kiedy uniósł ją nieznacznie w górę i wszedł w nią, jednocześnie wbijając paznokcie w jej pośladki. Długo jeszcze siedzieli spleceni w gorącym uścisku, tak jakby nie chcieli odsunąć się od sienie nawet na milimetr. Było dobrze, bezpiecznie, najlepiej.

………………………………..
- O czym chciałaś ze mną porozmawiać? – zapytał, kiedy kilka godzin później wylegiwali się na kanapie, oglądając film. Leżał obok, bawiąc się kosmykiem jej włosów.

- O czymś ważnym, Paddy – podniosła się, usiadła sztywno.- O Lucasie.

- Myślałem, że ten temat mamy już za sobą – odpowiedział zimno, odsuwając się. Z lodówki wyciągnął butelkę piwa, upił kilka łyków.

- Paddy – stanęła zanim, delikatnie masowała jego ramiona. – wysłuchaj mnie spokojnie, proszę – zrobiła krok do przodu, znalazła się na wprost niego.

- Nie chcę! – podniósł głos.

- Zachowujesz się mały chłopiec! – powoli traciła cierpliwość.

- Co takiego ważnego masz mi do powiedzenia? No co? – jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć, ale oczy mówiły wszystko.- Mów! Niech to wreszcie się skończy! Raz na zawsze zamknijmy ten temat!

- Uspokój się – z trudem opanowała drżenie rąk. – Miała ochotę uciec, skłamać, ale przecież nie mogła.

- Byłem spokojny, kiedy odeszłaś do niego – z trudem cedził słowa.- Zresztą, nie miałem nawet możliwości powiedzieć ci, co o tym myślę, bo po prostu uciekłaś!

- W ten sposób, to my do niczego nie dojdziemy – odwróciła się zrezygnowana, ale złapał ją za rękę.

- Co z nim? – z trudem panował nad emocjami. Przez jego twarz przebiegł ledwo dostrzegalny grymas.

- Widziałam się z Lucasem dzisiaj, wczoraj też – zaczęła, nerwowo splatając palce u rąk.

- Widziałaś się? – powtórzył, tak jakby jej słowa nie do końca do niego dotarły.

- Tak. Odwiedzam go od ponad tygodnia…Jest w szpitalu, bierze chemię…

- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś??? – ryknął tak głośno, że aż podskoczyła ze strachu.

- Przecież mówię – szepnęła, z trudem hamując łzy.- Paddy on nas potrzebuje…Jest zupełnie sam.

- Byłaś u niego dzisiaj, kiedy na ciebie czekałem? – w ogóle jej nie słuchał. Odłożył butelkę, opał się o stół. – I wczoraj, kiedy skłamałaś, że cały dzień spędziłaś w szpitalu? U chorych dzieci! – krzyknął znowu. Wyprostował się.

- Posłuchaj mnie…-chciała złapać go za rękę, ale odepchnął ją od siebie.

- Spotykałaś się z nim po tym wszystkim??? Nie wierzę! Nie wierzę! – złapał się za głowę.- Dlaczego mi to robisz? – wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.

- Musiałam…- zaczęła, ale znów jej przerwał. Wpadł w furię.

- Musiałaś??? – złapał ja za ramiona, widziała jego rozszerzone tęczówki.

- Tak! – wyrwała się wreszcie.- I chciałam! Nic nie rozumiesz!

- Dziwka! – krzyknął jej prosto w twarz. Nagle nastała cisza. Słowo zawisło między nimi, powietrze jakby zgęstniało… Wstrzymała oddech. Patrzyli na siebie przez chwilę. Otworzyła usta, ale nie wydobyło się z nich żadne słowo.

- Boże…Przepraszam – szepnął nagle. W jego oczach dostrzegła strach. – Nie chciałem tego powiedzieć, Laura…- w jednej chwili znalazł się przy niej. Objął ją, trzymał w ramionach jak bezwolną lalkę.- Nie chciałem, naprawdę nie chciałem…

- Wiem – wyswobodziła się z jego uścisku.- Wiem, że nie chciałeś…- stanęła przed nim, blada jak ściana. Nie płakała.- Lucas jest chory, umiera…To tyle – dokończyła, powstrzymując szloch. Zagryzła wargi.

- Nie mogę się z tym wszystkim uporać – szepnął cicho.- Laura…przepraszam. Kocham cię, wiesz przecież – umilkł, wpatrując się w nią ze strachem.

- Wiem – pokiwała głową.- Kochasz. Ja ciebie też. Najbardziej na świecie.

- Nie gniewasz się? – zapytał.

- Nie – odwróciła się żeby ukryć łzy.- Po prostu coś mi uświadomiłeś – zamyśliła się.- Zasługujesz na kogoś lepszego niż na dziewczynę, o której myślisz w ten sposób, nawet jeśli wyrwało ci się to przypadkiem – stwierdziła smutno.

- Zasługuję na ciebie – uścisnął jej dłoń tak mocno, że z trudem wytrzymała ból.-

- Cokolwiek zrobię, będzie to naznaczone cieniem przeszłości. Teraz to wiem.

- Nic nie wiesz! Kocham cię, do cholery! Damy radę! – trzymał ją mocno. Spojrzała mu w oczy.

- Paddy…Chcę żebyś był ze mnie dumny…Żebyś mi ufał, wierzył…A nie biegał ze strachem po redakcjach, w obawie, że coś o mnie napiszą. Nie chcę żebyś denerwował się każdym moim spóźnieniem, wyłączonym telefonem, każdą decyzją, którą podjęłam…Kocham cię najbardziej na świecie, ale tak być nie może…- powiedziała smutno.- Wierzę, że nie chciałeś tego powiedzieć, mimo to wyrwało ci się…Nie potrafiłeś mnie nawet wysłuchać – dodała z żalem.

- Porozmawiajmy na spokojnie – pociągnął ją w stronę kanapy.- To wszystko nie tak – nagle nie miał pojęcia co powiedzieć.

- Jesteś w stanie zapomnieć o przeszłości, zaufać mi, wybaczyć? – zapytała. Patrzyła jak siedzi przed nią, unosi głowę, a za chwilę opuszcza ją z powrotem. Niesforny kosmyk opadł mu na czoło i nagle poczuła nieodpartą chęć, żeby przejechać dłonią po jego włosach. Chciała go przytulić, pocieszyć. Wydawał się tak zagubiony…Zacisnęła pięści.

- Nie wiem…- odpowiedział po dłuższej chwili.

- Muszę wyjść, przewietrzyć się…- zamknęła na chwilę oczy.- Przepraszam, nie mogę…- uciekła do przedpokoju, złapała kurtkę i wybiegła. Miała wrażenie , że zaraz się udusi. Powietrza!

……………………………………

Spacerowała tak długo, że palce u stóp zamieniły się w sople lodu , a policzki oblał czerwony rumieniec. Było jej przykro, cholernie smutno i źle. Tak jakby wokoło zapanowała nicość. Minęło kilka godzin, a już za nim tęskniła. Kochała go aż do bólu, dlatego nie mogła pozwolić, żeby myślał o niej w ten sposób. Nie on.

- Co się stało? – godzinę później, Nicole otworzyła drzwi swojego nowego mieszkania, wpuszczając ją do środka.- Jak ty wyglądasz? – krzyknęła.

- Trochę zmarzłam – Laura, szczękając zębami usiadła na kanapie. – Mogę u ciebie przenocować?

- Jasne, mam wino – Nicole przyniosła z kuchni butelkę i korkociąg.- Co zrobił? – zapytała rzeczowo.

- Nic…Wszystko…Nie wiem…- Laura poczuła, że nie ma już siły. Krople łez spłynęły po jej zimnym policzku.- Muszę wyjechać – szepnęła, ocierając oczy rękawem.

- Jak to wyjechać? Nie bądź głupia, cokolwiek się stało, nie możesz odpuścić!

- A może wreszcie powinnam?

- Przecież się kochacie! – Nicole otworzyła usta ze zdziwienia.

- Czasami miłość nie wystarcza…- schowała twarz w dłoniach, płacząc cicho. Wiedziała już, co powinna zrobić…

120. NO CHANCE

13872675_1007789039319096_5461901409348127970_n

120.
- Byłeś świetny! – Paddy uśmiechnął się do Jacka i po przyjacielsku zmierzwił mu czuprynę. Wychodzili właśnie ze szkolnego przedstawienia, a chłopiec czerwony z emocji, złapał go za rękę.

- Raz się pomyliłem, słyszałeś? – zapytał.

- Nie przejmuj się, publiczność czeka na takie chwile. Wielkie gwiazdy często się mylą, taki ich urok – poklepał chłopca pocieszająco po ramieniu.

- Uf, to dobrze – rozpromienił się.- Gdyby nie twoja pomoc, nigdy nie nauczyłbym się grać tej melodii. Jest strasznie trudna…

- Hej! Czekajcie! – Brenda przedzierała się w ich stronę przez tłum rodziców.- Dziękuję, że przyszedłeś – zawiesiła wzrok na Patricku, a po chwili przeniosła go na syna.- Na co masz ochotę?- pocałowała Jacka w czubek głowy i z czułością pogłaskała po policzku.- Lody?

- Patrick, pójdziesz z nami? – zapytał chłopiec prosząco.

- W zasadzie to…- Paddy poklepał się po kieszeni, wyjmując komórkę.- Powinienem już wracać do domu – uśmiechnął się przepraszająco.

- Chcieliśmy ci jakoś podziękować – Brenda na ułamek sekundy dotknęła jego dłoni.- Mocnej kawy nie odmówisz, prawda? – w jej głosie słychać było zdenerwowanie.

- No proszę, proszę, chodź z nami – chłopiec skakał wokół niego.- Znam miejsce gdzie są najlepsze czekoladowe lody, no proszę.

- Poczekajcie, tylko zadzwonię – oddalił się kilka kroków i wybrał numer do Laury. Nie odbierała. Stał, wsłuchując się w głuchy sygnał aż w końcu ze złością schował telefon do kieszeni. Pewnie jak zwykle wyciszyła dźwięki…Wydawało się, że wszystko między nimi w porządku. Przeprosił ją za swoje zachowanie, ale zdania nie zmienił. Nie chciał mieć z Lucasem nic wspólnego. Może był chory, może samotny…- zacisnął pięści.- Ale co z tego? Kiedyś pomógłby mu bez zastanowienia, teraz nie miał do tego głowy. A co najważniejsze – nie miał do tego serca…Zbyt dużo się wydarzyło, a kiedy wreszcie udało mu się zapomnieć, przebaczyć, Lucas znów stanął między nimi. Kolejny raz…Zamknął oczy. Przypomniał mu się dzień zaręczyn i moment, kiedy Laura wybiegła. Uciekła. A potem kolejne dni bez niej, ze świadomością, że to Lucas jest z nią teraz, że ona tak po prostu odeszła. Odeszła do niego. Było, minęło – potrząsnął głową, ale złe myśli nie chciały go opuścić.

- Wszystko w porządku? – poczuł dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się. Brązowe oczy Brendy wpatrywały się w niego z niepokojem.

- Tak, jasne – westchnął. – To co idziemy? Mam ogromną ochotę na kawę – ruszył w stronę Jacka.- Prowadź na te lody! – krzyknął wesoło.

- Juhu, Patrick idzie z nami! – chłopiec złapał go za rękę.- Chciałbym mieć takiego tatę, wiesz? – powiedział nagle, kiedy wsiadali do samochodu.

- A ja byłbym dumny z takiego syna – odparł bez zastanowienia.

- Zapnij pasy – Brenda chciała jeszcze coś dodać, ale zrezygnowała, bo co mogła na to powiedzieć? Jack miał rację. Też chciała żeby miał takiego tatę…

…………………………………………

Szła szybkim krokiem przez szeroki szpitalny korytarz. Mijała białe drzwi, a serce jej biło jak szalone. W dłoni ściskała torbę wypełnioną szczelnie owocami i sokami. Przystanęła. Sala numer 44. To tu. Weszła do środka, cicho zamykając za sobą drzwi. Podeszła do łóżka, ale nie zauważył jej. Leżał z przymkniętym powiekami. Usiadła obok, wpatrując się w jego bladą twarz. Ścisnęło jej się serce. Czy to ten sam Lucas? Przystojny, wesoły chłopak, który miał przed sobą całe życie? Tak bardzo chciała żeby Paddy był tu z nią teraz. Nawet nie wiedział, że przyszła. Nie chciał słyszeć o Lucasie, nie docierały do niego żadne argumenty.

- Laura…- otworzył oczy, poruszył się niespokojnie.- Paddy tu jest? – spróbował podnieść głowę.

- Leż, Lucas – dotknęła jego policzka.- Nie ma go. Nie denerwuj się.

- Nie chce mnie znać…- opadł na poduszkę- Nie dziwię mu się…- zakaszlał. – Wody…- jęknął. Głos miał ochrypły, oddech urywany i ciężki.

- Proszę – podała mu szklankę. Napił się łapczywie.- Tylko spokojnie…- wpatrywała się w niego z niepokojem.

- A ty co tu robisz? – zapytał po chwili. Wyglądał jakby lepiej. Oddychał miarowo.

- Jak to co? – uśmiechnęła się.- Przyszłam cię odwiedzić. Mam banany, jabłka, sok pomarańczowy…- zaczęła wyjmować je z torby.- Chociaż nie wiem czy możesz coś jeść? – spojrzała na kroplówkę wkłutą w jego nadgarstek.

- Nie bardzo – ożywił się trochę.- Chemia. Jedyne co robię to wymiotuję.

- Nie możesz być ciągle sam – rozsunęła rolety żeby wpuścić trochę światła.- Porozmawiam z Maite, z Jimmym, z Nicole, przecież chętnie się z Tobą zobaczą!

- Nie chcę! – krzyknął ostro.- Nikomu nie mów, nie potrzebuję litości.

- Jakiej litości?- zapytała zdziwiona.- Jesteś chory. Potrzebujesz wsparcia, pomocy…

- Paddy wie, że tu jesteś? – zapytał nagle, unosząc się na łokciach.

- Nie – odpowiedziała wolno.- Pokłóciliśmy się…Nie chciał o tym słyszeć – wyznała szczerze.

- W takim razie idź już – westchnął.- Nie okłamuj go.

- Nie mam zamiaru – oburzyła się.- Powiem mu, oczywiście, że mu powiem. Jak trochę ochłonie – wstała i przeszła się po sali.- Martwię się o ciebie – zmieniła temat.- Może mogłabym porozmawiać z lekarzem?

- Przestań – roześmiał się gorzko.- Nie udawaj mojej przyjaciółki. Najlepiej będzie jak już sobie pójdziesz.

- Lucas – usiała na brzegu łóżka.- Bardzo mi przykro, że tak się wszystko potoczyło – ujęła jego bladą dłoń.- Byłeś dla nas jak brat. Dla Paddiego , dla mnie…Nigdy nie powinnam była pozwolić ci myśleć, że jest inaczej – westchnęła.- Ale stało się jak się stało…- przez chwilę wpatrywała się w nieskazitelną biel otaczających ich ścian. Była takie smutne, przygnębiające…- Codziennie dziękuję Bogu za to, że Paddy jest znowu ze mną – uśmiechnęła się lekko.- Jest zawzięty i trochę go rozumiem. Zraniliśmy go oboje bardzo, jego rana jeszcze się nie zagoiła. Wiem też, że nie życzy ci źle. Po prostu potrzebuje czasu.

- Nie mam go…- szepnął Lucas cicho.

- Popełniliśmy masę błędów Lucas – kontynuowała, patrząc na niego z powagą.- Zawsze jednak byłeś mi bliski i nie pozwolę żebyś leżał tu sam, rozumiesz?

- On nigdy mi nie wybaczy…

- Wybaczy – uśmiechnęła się.- Jemu też ciebie brakuje, wierz mi. Przyjdzie czas i porozmawiacie, obiecuję ci to – nadal trzymała go za rękę, obserwując jak lekki rumieniec wylewa się na jego policzki.

- Zaczynam ci wierzyć, jak ty to robisz?

- Po prostu go znam – rozejrzała się po pustawym pokoju.- Masz tu jakiś telewizor? Co robisz całymi dniami? – spróbowała żartować choć serce ściskało jej się z żalu.

- Rano jogging, potem śniadanko, najczęściej jajka na bekonie… Praca, a wieczorem jakieś piwko, wyjście na miasto…Nuda…- uśmiechnął się dzielnie.

- Lucas ja…

- Zastanawiałaś się kiedyś jak tam jest? – przerwał jej.

- Gdzie? – zapytała, choć doskonale wiedziała o czym mówi. Obleciał ją strach. W tym momencie miała ochotę uciec. Uciec z tego miejsca przepełnionego smutkiem. Ale nie mogła. Nie potrafiła go zostawić.

- Tak gdzie idziemy po śmierci – odpowiedział spokojnie.- Nigdy nie wierzyłem w te bzdety. Piekło, niebo…Puste słowa. Ale ostatnio coraz częściej o tym myślę. Wierzysz w to? W to, że jest coś po śmierci? – jego blado – niebieskie oczy patrzyły na nią wyczekująco.

- Wierzę – odpowiedziała od razu.- I w to, że tam jest dobrze, może nawet lepiej? Ale jeszcze nie teraz Lucas, nie teraz. Przejdź przez tą chemię i wychodź stąd. To nie miejsce dla ciebie. A te jajka zjemy wspólnie, co? I nawet poświęcę się na jogging, chociaż nie cierpię biegać – zrobiła śmieszną minę.

- Postaram się – odpowiedział słabo.- Przyjdziesz jutro? – zapytał, kiedy sięgnęła po torebkę. Było już późno, powinna wracać.

- Przyjdę – nie wahała się ani chwili. Cmoknęła go w policzek.- Trzymaj się – szepnęła, zamykając za sobą drzwi.

………………………………………

- Wejdziesz na drinka? – zapytała Brenda, kiedy zaparkował pod jej okazałą rezydencją. Jack natychmiast pobiegł do swojego pokoju, gdzie czekała na niego nowa gra komputerowa, prezent od mamy.

- W zasadzie to…- spojrzał na swój telefon. Znów nie mógł się dodzwonić do Laury.- Czemu nie? – odpowiedział, trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi. – Dosłownie na minutkę – otworzył bramę i przepuścił ją pierwszą.

- Wiesz, muszę odreagować – wpuściła go do salonu, a sama udała się do kuchni. Wyciągnęła dwie szklanki, gin i tonik. Pokroiła cytrynę, rozkruszyła lód.- W pracy chcą mnie wykończyć.

- Az tak źle? – stanął w drzwiach.- W czymś pomóc?

- Proszę – podała mu tacę.- Lubisz krewetki?

- No pewnie – prawdę mówiąc był już trochę głodny.- Masz w domu? Znam świetny przepis. Potrzebne jest tylko masło, czosnek i pietruszka.

- Proszę bardzo szefie – podała mu produkty i z ciekawością obserwowała jak krząta się po kuchni. Podwinął rękawy swojej jasnej koszuli i pogwizdując zajął się przygotowaniem kolacji.

- A wracając do mojej pracy – westchnęła, sięgając po szklankę.- Mam dość. Teraz liczy się tylko tania sensacja, nic więcej. Nikogo nie interesuje prawdziwe dziennikarstwo.

- Zaczynam doceniać swój wolny zawód – roześmiał się. – Szykuj talerze, zaraz będzie gotowe.

- Pachnie znakomicie – pociągnęła nosem.- Poczekaj, tylko szybko się przebiorę – Wróciła ubrana w luźną zieloną bluzkę i wygodne spodnie. Włosy splecione w niedbały warkocz opadały na jedno ramię.

- Wow – mruknął z uznaniem.- Teraz podobasz mi się o wiele bardziej niż w szpilkach i marynarce.

- Przypominam dziewczynę z Irlandii? – roześmiała się, sięgając po talerz napełniony krewetkami.- Przepyszne – powiedziała po chwili z pełnymi ustami.

Świetnie im się rozmawiało. Wspominali Irlandię, zielone wzgórza i deszczową pogodę. Paddy opowiadał o swoim dzieciństwie, przypominał sobie stare irlandzkie piosenki i nucili je razem z Brendą, dolewając sobie ginu. Nawet nie zauważył, że butelka się skończyła. Na szczęście barek był bogato zaopatrzony.

- Miałam kilka związków po śmierci męża – kolejną godzinę później Brenda wymachiwała pustą szklanką.- Ale faceci to świnie, chodzi im tylko o jedno. Dolej mi – podstawiła mu ją pod nos.

- Ależ proszę cię bardzo – napełnił szklanką i sam dokończył prosto z butelki.

- A z tobą jak to było? – zapytała nagle. – Jaka jest ta twoja Laura? Dlaczego się rozstaliście?

- Jak było z nami? – język mu się plątał.- Historia stara jak świat. Zdradziła mnie, odeszła – zaśmiał się.- Za dużo wypiłem – jęknął.

- Ale z kim? – jej dziennikarski umysł ożył i nagle wytrzeźwiała.

- Z kim? – wybełkotał.- Z moim przyjacielem. Przyjacielem całej rodziny – prychnął.- Zresztą bardzo szybko chciała wrócić, nie pozwoliłem jej na to…

- A jednak jesteście razem – wtrąciła Brenda.

- Bo nie wytrzymałem – zapatrzył się w swoją szklankę.

- Nie wytrzymałeś? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy.

- Brenda, Brenda…- głowa opadała mu na oparcie fotela. – Jaka ty jesteś uparta.

- W końcu w połowie jestem Polką – zaśmiała się, przysuwając się odrobinkę bliżej. Spod przymrużonych powiek obserwowała jak nieco za długa grzywka opada mu na czoło. Górne guziki jego koszuli rozpięły się, ukazując fragment klatki piersiowej. Poczuła ucisk w dole brzucha. Miał w sobie coś takiego…Coś, co sprawiało, że budziły się w niej głęboko ukryte uczucia, o których istnieniu nie miała bladego pojęcia.

- No tak, Polką…A więc nie można ci ufać…

- Ufać?- spojrzała na niego, zaskoczona.- O ile mnie pamięć nie myli, twoja dziewczyna też nią jest. Nie ufasz jej?

- Ufam. Chyba…- podniósł głowę. Przez chwilę nad czymś się zastanawiał. Podniósł szklankę, ale po chwili odstawił ją z powrotem.- Kiedy ją poznałem, wszystko się zmieniło – uśmiechnął się do swoich wspomnień. – Poczułem, że spotkałem kogoś, z kim chcę być. Wszystko nabrało sensu. Moje życie, praca, muzyka. Znów chciało mi się rano wstać z łóżka, komponować, śpiewać…Dla mnie była idealna. Od razu wiedziałem, że będziemy razem. Było cudownie dopóki nie pojawił się Lucas.

- Lucas?

- Taaa – mruknął. W głowie mu huczało. Z trudem zbierał myśli. – Mój kumpel. Przyjaciel, którego znałem od dzieciństwa. Może jestem głupi, może naiwny…- odgarnął włosy z czoła.- Niczego nie zauważyłem. Odeszła, a raczej uciekła w dniu, kiedy chciałem się oświadczyć.

- Mówisz poważnie? – pokręciła głowa z niedowierzaniem.

- Chciała wrócić, nie zgodziłem się. Nie mogłem. Przez kolejne dwa lata mojego drugiego małżeństwa, myślałem tylko o niej. Teraz jest ze mną, a ja nie mogę zapomnieć. O Lucasie, o dziecku, o Jasonie…- schował twarz w dłonie.- Nie mogę się do niej dodzwonić i wariuję. Ufam jej przecież, a jednak się boję. Nie wiem gdzie jest i różne rzeczy przychodzą mi do głowy – głos mu drżał. Z trudem podniósł głowę.

- Paddy…O jakim dziecku mówiłeś? – zapytała bardzo cicho.- I kto to jest Jason?

- Muszę już iść – wybełkotał, próbując wstać. Urżnął się, ale jej słowa trochę go otrzeźwiły. O mało się nie wygadał. Idiota z niego. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą i nic nie mógł na to poradzić.

- Zostań, prześpisz się na kanapie – chwyciła go za rękę.

- Zostaw! – wyrwał się ostatkiem sił.- Pójdę już – z ogromnym trudem założył kurtkę o ruszył w stronę drzwi.- Brenda…- zatrzymał się na chwilę.- Fajna z ciebie dziewczyna – mówiąc to wyszedł, a ona przez dłuższą chwilę patrzyła za nim, z nadzieją, że jeszcze wróci.

Właściwie miała już gotowy artykuł. Mogła jeszcze poczekać i wyciągnąć z niego coś więcej o dziecku i tajemniczym Jasonie, ale nie miała czasu. Szefowa i tak od dawna była na nią wściekła.

……………………….

Było już grubo po północy, kiedy usłyszała szczęk klucza. Coś spadło, z trzaskiem rozbiło się o podłogę. Zerwała się z kanapy, na której przysypiała, czekając na niego.

- Gdzie byłeś tak długo? Martwiłam się…- stanęła w przedpokoju i ze zdziwienia otworzyła usta. Był kompletnie pijany. Chwiał się, próbując złapać równowagę. – Widzę, ze nieźle się bawiłeś – szepnęła rozczarowana. Chciała odejść, ale złapał ją za łokieć i przyciągnął z powrotem.

- A ty? – wpatrywał się w nią intensywnie.

- Co ja?

- Gdzie ty byłaś? – jego głos zdradzał powstrzymywaną wściekłość.- Cały dzień dzwoniłem.

- Dzwoniłeś? Przepraszam, pewnie padł mi telefon – odnalazła swoja torebkę i wyjęła z niej komórkę.- Nawet nie zauważyłam…

- Ufasz mi? – zapytał nagle, podchodząc bliżej.- Byłem u Brendy, zaprosiła mnie na drinka – bełkotał.

- Oczywiście, że ufam! – krzyknęła zszokowana.- Dlaczego mi to mówisz?

- A ja cały czas zastanawiałem się co robisz – usiadł przy stole, zwiesił nisko głowę.- Nie chciałem o tym myśleć, a jednak myślałem!

- O czym Paddy?- usiadła obok. Chciała go objąć, ale nagle wydało jej się to niestosowne.

- O Lucasie, o twoim dziecku, o Jasonie i tych wszystkich facetach…Wielu ich było?

- Proszę cię przestań…

- Co dzisiaj robiłaś? – podniósł głowę. Spojrzała w te jego najukochańsze na świecie oczy. Chciała mu opowiedzieć o wszystkim. O Lucasie, o jego chorobie, o rozmowie o śmierci…Ale przecież nie teraz. Nie zrozumiałby.

- Byłam w szpitalu, jak zawsze…A potem czekałam na ciebie.

- Laura, cholera jasna! – nagle wziął ją w ramiona. – Tak cię kocham. Cholernie cię kocham i nie radzę sobie z tym wszystkim! Dlaczego mi to zrobiłaś? – wtulił twarz w jej ramię.- Nie mogę zapomnieć…

- Przepraszam, przepraszam, przepraszam….- szeptała, głaszcząc jego włosy.- Cóż więcej mogła powiedzieć…

119. SAFE HANDS

Witam! Rozdział troszkę inny, ale po prostu nie mogłam pominąć koncertowego wątku po swoich ostatnich przeżyciach :) Mam nadzieję, że się spodoba. Ten rozdział dedykuję Agnieszce, która oprócz tego, że jest wspaniałą czytelniczką, jest również autorką fragmentu zawartego w tej części, a mianowicie doskonale opisała myśli Laury podczas koncertu. Dzięki, Aga! Pozdrawiam bardzo gorąco wszystkie czytelniczki!

matt-barr-1-sized

119.
- Co u ciebie? – zapytała, kiedy usiedli w najbliższym barze. Czuła się trochę nieswojo i niezręcznie. Lucas w niczym nie przypominał chłopaka, z którym nie tak przecież dawno, była blisko.

- Raczej średnio – uśmiechnął się słabo. Upił łyka wody. Nie chciał zamówić nic więcej. Spojrzała na swój kieliszek, napełniony czerwonym winem i nagle ogarnął ją strach. Coś było nie tak…Jego oczy…Ujrzała w nich pustkę. Przez chwilę nie mogła zebrać myśli. – Mów lepiej co u ciebie…A raczej u was? – zamilkł na chwilę.- Gazety trąbią, że wróciliście do siebie. Cieszę się.

- Tak – uśmiechnęła się.- Udało nam się, choć nie było łatwo i nadal nie jest…Lucas – spojrzała na niego z troską.- Przepraszam…Nasz…związek nie powinien mieć miejsca…Bardzo dużo za to zapłaciłam. Ty też nie zasłużyłeś na to, co się stało. Byłeś dobrym przyjacielem, szkoda, że wszystko tak się skończyło.

- Byłem głupcem – zerknął na nią i spuścił wzrok.- Myślałem, że mnie pokochałaś…Mnie! – jego nagły śmiech zabrzmiał przerażająco.- Jak mogłem tak pomyśleć? Powinienem był wiedzieć, że właśnie tak się to skończy…Patrick jest najlepszym człowiekiem jakiego znam. To przecież jasne, że wybrałaś jego. A ja zdradziłem najlepszego kumpla, który był dla mnie jak brat…

- To nie tak, że jest w czymś lepszy od ciebie – pokręciła głową.- Po prostu go kocham. To moja wina, że pozwoliłam ci uwierzyć, że jest inaczej.

- To wszystko już nieważne, Laura…- dłoń mu drżała, kiedy podnosił szklankę.- Jedyne o czym marzę, to żeby mi wybaczył…Nigdy nie chciałem nikogo skrzywdzić – jego oczy były pełne łez.- Gdybym mógł cofnąć czas…

- Lucas? A jak w pracy? Gdzie teraz mieszkasz i co robisz w Kolonii? – za wszelką cenę chciała dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Znów ogarnęło ją to przerażające uczucie…Wstyd, wyrzuty sumienia, strach, że dzieje się coś bardzo złego…

- Wszystko jest nieważne Laura…- westchnął cicho.- Nie pracuję, nie mam już tego zapału co kiedyś.

- Przyjechałeś do rodziców? Są w mieście? – pytała gorączkowo.

- Nie, nie ma ich – szepnął.- Tak naprawdę wróciłem tylko po to żeby z nim porozmawiać. Ostatni raz.

- Ostatni raz? Dlaczego ostatni? – nie wiedzieć czemu ogarnęła ją panika.

- Laura, mam mało czasu…- napił się wody, a po chwili jego twarz wykrzywił grymas bólu.- Pójdę już, powinnaś wracać do domu, jest późno, Paddy na pewno się martwi.

- Poczekaj, do cholery! – złapała go za rękę, była lodowata.- Co się dzieje? Przecież widzę, że coś jest nie tak!

- Źle się czuję – wstał, ale zachwiał się lekko i musiał przytrzymać się stołu.

- Co ci jest? – zapytała, przytrzymując go za ramię.- Mów, inaczej cię nie puszczę.

- Usiądźmy – z rezygnacją opadł na krzesło.- Ja…Ja…- głos mu się załamał.- Umieram. Ja umieram, Laura…- schował twarz w dłonie. Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Co on powiedział? Chyba się przesłyszała. To jakaś pomyłka! Pieprzona pomyłka!- To rak trzustki, nieuleczalny – dodał już spokojniejszym głosem.- Pogodziłem się z tym.

- Co ty mówisz? – miała wrażenie, że świat na chwilę się zatrzymał. W głowie huczało, a serce biło jak szalone.- Rak? Nieuleczalny? – gadała bez ładu i składu.- Na pewno wyzdrowiejesz, w tych czasach każdą chorobę można wyleczyć – szeptała gorączkowo.- Po prostu nie możesz się poddawać!

- Laura – złapał ja za rękę.- Nie chcę litości. Wiem co mi jest i w jakim stadium się znajduje. Nie ma dla mnie ratunku. Ale proszę cię. Nikomu o tym nie mów, proszę…Nawet Paddiemu…Nie chcę litości…Nie potrzebuję…- utkwił w niej wielkie, niebieskie oczy.- Chcę z nim porozmawiać ostatni raz jak z przyjacielem…Proszę, nikomu ani słowa. Wiesz…Co noc mam sen – zapatrzył się w swoją szklankę.- Śni mi się Paddy, w tej swojej różowej koszuli z kokardą, długie włosy opadają mu na policzki…Stoi nade mną z uśmiechem i mówi: – Jedziesz z nami, przecież jesteśmy braćmi…

- Lucas…- rozpłakała się.- On powinien wiedzieć! Nie mogę tego przed nim ukrywać!

- Proszę – szepnął. Jego palce zacisnęły się na jej dłoni.- Ja już nie mam nic do stracenia. Chcę tylko odzyskać szacunek do samego siebie. Nic więcej…Nikomu nie mów, proszę.

- Gdzie mieszkasz? – zapytała, wyciągając chusteczkę.

- W hotelu –

- Jesteś chory i mieszkasz w hotelu? Sam? – pokręciła głową z niedowierzaniem.

- Tak, a co? Masz zamiar zaprosić mnie do siebie? – przez jego twarz przemknęło coś na kształt uśmiechu.

- Nie możesz być sam…Moglibyśmy ci pomóc! Paddy…

- Tak wiem, ma dobre serce – przerwał jej.- Dlatego o niczym mu nie powiesz, sam z nim porozmawiam. Pójdę już – tym razem wstał o wiele bardziej zdecydowanie.

- Lucas, tu masz mój numer – w pośpiechu pisała cyfry na papierowej serwetce.- Daj mi swój, muszę wiedzieć co się z tobą dzieje. I jak najszybciej skontaktuj się z Paddym, zresztą wiesz gdzie go znaleźć. Chociaż uważam, że powinnam mu o wszystkim powiedzieć jeszcze dzisiaj, potrzebujesz pomocy!

- Mój numer bez zmian – sięgnął po kurtkę. Nie mogła oderwać wzroku od jego szczupłych palców, długich, chudych rąk…Ścisnęło ją w żołądku. To chyba jakiś koszmarny sen!

- Lucas, pomożemy ci, nie zostawię cię samego! – krzyknęła, kiedy samotnie odchodził ciemną ulicą.

- Nic nie mów! – odkrzyknął, a ona ze łzami w oczach patrzyła jak znika w czeluściach wielkiego miasta. Czy to kara? – pomyślała, próbując się uspokoić. Jej ciałem wstrząsnął szloch. To nie mogła być prawda…Wyjdzie z tego – wmawiała sobie, wracając do domu. Ale wcale w to nie wierzyła, kiedy przypomniała sobie jego puste, wielkie oczy.

………………………………………..

13782008_1181642908544974_8409394029960117144_n

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

- Pojadę z tobą – Laura postawiła na stole dwie filiżanki napełnione kawą i sięgnęła po czekoladowe ciastko.

- Serio? – podniósł głowę znad laptopa. – Mówiłaś, że będziesz zajęta.

- Zrobię sobie wolne – uśmiechnęła się.- Sam mówiłeś, że tak mało interesuję się nową trasą, więc się zainteresowałam – sięgnęła po filiżankę.- Tyle koncertów już zagrałeś, a ja na żadnym nie byłam.

- Nic straconego – zamknął laptopa. – Ale jeśli chcesz, proszę bardzo – upił łyk kawy, sprawdzając jednocześnie czy wszystko ma. Faktycznie, dawno nie śpiewałem dla ciebie – spojrzał na nią ciepło.- Na pewno jesteś na to gotowa?

- Oczywiście – zeskoczyła z krzesła.- Zresztą to niedaleko – skierowała kroki do łazienki, kiedy usłyszała dźwięk smsa. Zamarła. Codziennie czekała na wiadomość od Lucasa, ale nie odzywał się. Postanowiła, że nie może tego dłużej ukrywać. Czekała tylko na dobry moment…Nie teraz, nie przed koncertem…I tak Paddy już był zdenerwowany. Zerknęła na komórkę. Daniel…- Cholera! – krzyknęła, wracając do salonu.- Zapomniałam, że dzisiaj miałam się spotkać z Danielem – usiadła mu na kolanach, nie zważając na to, że tym sposobem pomięła mu plik leżących na nich kartek.- Wiesz, że Lily i Rose wyjechały do Londynu?

- Jimmy mi mówił – poprawił opadający na czoło kosmyk włosów i wyprostował nogi.- Możesz podnieść swój szanowny tyłeczek, bo pomięłaś mi wszystkie teksty?

- Wiem, weźmiemy go ze sobą! Nigdy nie był na twoim koncercie – nie czekając na odpowiedź, wybrała numer Daniela.- Zaraz będę gotowa! – posłała Paddiemu całusa, znikając za drzwiami łazienki.

………………………………….
- Nie wysiedzę tu – Laura krążyła po małym zapleczu za sceną.- Bez sensu, nic nie widać.

- Patrick powiedział, że mamy tu siedzieć – Daniel ze spokojem otworzył butelkę wody.- Tu też będziemy wszystko widzieć.

- Od tyłu – mruknęła zniecierpliwiona.- Chodź, idziemy do publiczności.

- Nie sądzę żeby to był dobry pomysł.

- Daniel, sztywniaku! – szarpnęła go za ramię.- Czy to takie dziwne, ze chcę zobaczyć występ swojego narzeczonego?

- Przecież tutaj też widać…I nie ma tłumu – bronił się słabo.

- Chodź! – pociągnęła go za sobą. Niestety natrafili na ochroniarza.

- Laura, wracaj – wysoki mężczyzna stanął przed nią, rozkładając muskularne ramiona.- Nie możesz nigdzie iść, Patrick zabronił.

- Chyba mogę decydować sama za siebie? – zapytała zaczepnie.- To tylko kilka napalonych fanek, nic mi nie będzie – roześmiała się i pociągnęła Daniela za sobą.- Chodź!

- Wariatka, jak zwykle…- mruczał, wchodząc do wypełnionej po brzegi sali.

…………………………………….

Stała pośrodku tłumu, otwierając szeroko czy ze zdziwienia…Kiedy wyszedł na scenę, rozległ się pisk radości. Pierwsze rzędy oszalały, wyciągając ręce w stronę swoje idola. Rozpoczął się koncert. Patrzyła na Patricka, ale miała przed oczami całkowicie inną osobę. Był zabawny, szalony, seksowny, dowcipny…W pewnym momencie usiadł na samym brzegu sceny i uścisnął dłonie, stojącym przed nim dziewczynom. Zszokowana obserwowała jak posyłał w tłum najpiękniejsze na świecie uśmiechy. Jego głos, trafiał w samo serce…Zabawa i szaleństwo przeplatały się ze wzruszeniem, kiedy w skupieniu zaśpiewał Crisis. Nie miała pojęcia, że po tylu latach znów sięgnął po tę piosenkę! Stala osłupiała z wrażenia! Nigdy nie zastanawiała się jaki charakter mają jego koncerty…Jak to teraz wygląda? Nigdy też nie była zazdrosna! Ale to co zobaczyła, totalnie zwaliło ją z nóg! Widziała wyciągnięte ręce i błogie uśmiechy na ich twarzach.- Boże! – wypowiedziała szeptem. Musiał przyznać, że był szczęśliwy i zadowolony. Przypomniało jej się, w jakich okolicznościach spotkali się po raz pierwszy…

- Czy ty widzisz to co ja?! – krzyknął Daniel, a w tym samym momencie Paddy rzucił się w rozemocjonowany tłum. Rozległ się krzyk radości. Śpiewał, niesiony przez uradowane fanki, które podawały go sobie z rąk do rąk.

- Nie wierzę! – usłyszała pisk jakiejś dziewczyny.

- Złapałam go za tyłek! – piszczała inna.

Laura wycofała się do tyłu. Stanęła z boku, próbując okiełznać emocje. Był w swoim żywiole, powinna się z tego cieszyć! Dotrwała do końca. W skupieniu wysłuchała ostatniej piosenki. Obok kilka dziewczyn płakało ze wzruszenia…Patrick był wyjątkowym człowiekiem, jedynym w swoim rodzaju. Długo jeszcze nie mogła dojść do siebie, kiedy czekała na niego za sceną, po skończonym występie. Przez okno widziała jak z uśmiechem pozuje do zdjęć, rozmawia z fanami…Taka zmiana…Jak to możliwe, że w ogóle jej wcześniej nie zauważyła?

………………………….

- I jak? – zapytał z uśmiechem, kiedy późnym wieczorem jedli kolację w hotelowej restauracji.- Podobało się?

- Nie sądziłam, że jesteś aż taki otwarty…- widelcem grzebała w nietkniętym makaronie ze szpinakiem. Zdawała sobie sprawę, ze to głupie, ale chyba była troszkę zazdrosna.

- To dzięki tobie – podsunął jej kieliszek, napełniony czerwonym winem.- Jestem szczęśliwy, chcę się tym podzielić.

- A musisz się tym dzielić ze wszystkimi fankami? – zapytała ironicznie.

- Jesteś zazdrosna? – przeczesał dłonią włosy, które opadały mu na czoło.- Nie masz powodu.

- Wiem…- starała się myśleć rozsądnie.- I nie jestem…Ale to rzucanie się w tłum…Czy to potrzebne? Wiesz, że one dotykają cię gdzie tylko mogą?

- To show, Laura! Koncert rządzi się swoimi prawami! – przysunął się bliżej.- Uwielbiam ten moment, kiedy mogę podzielić się z innym swoim śpiewem, swoimi emocjami! Odkąd jesteśmy razem, zrozumiałem, jak bardzo do dla mnie ważne! To część mnie…- zamyślił się na chwilę.- Ale kocham tylko ciebie, przecież wiesz…Jesteś jedyna.

- Wiem – poczuła się trochę lepiej.- Po prostu czasem zapominam, że żyję z gwiazdą – puściła do niego oko.- Dzisiejszy koncert skutecznie mi o tym przypomniał.

- Te występy dają mi masę energii, wiesz – pochylił się w jej stronę.- Nareszcie mogę być sobą, to dla mnie ważne.

- Paddy…- szepnęła, kiedy wracali do pokoju.- Tam na scenie byłeś…Byłeś niesamowity. Jesteś niezwykły wiesz?

- Tylko przy tobie – odszepnął, otwierając drzwi.

- I bardzo, bardzo seksowny – mruknęła, podchodząc bliżej.- A wiesz co jest w tym najlepsze?- zapytała, wślizgując dłonie pod jego granatowy t-shirt.

- Co takiego? – oddychał szybciej, jego ręka sprawnie odpinała guzik jej dżinsów.

- Że jesteś tylko mój – popchnęła go na łóżko, a sama usiadła na nim. Spojrzała w jego błyszczące oczy. Językiem torowała sobie drogę w dół, znacząc ślady na jego klatce piersiowej i brzuchu. Kiedy zjechała jeszcze niżej, Paddy westchnął. Poczuła jak jego palce wpijają się w jej włosy.

- Muszę częściej cię ze sobą zabierać – jęknął, przyciągając ją jeszcze bliżej.- Dobrze to na ciebie wpływa – jego oddech był coraz szybszy.

- Nie chcę – uniosła na chwilę głowę.- Wolę cię takiego, mojego…- szepnęła, znów obsypując go pocałunkami. Nic nie odpowiedział. Zamknął oczy i oboje oddali się namiętności.

…………………………………

- Muszę Ci o czymś powiedzieć – zagadnęła następnego dnia, kiedy wrócili do domu i siedzieli przy obiedzie.- Nie mogę dłużej zwlekać, to ważne – głos jej zadrżał.

- Słucham? – podniósł głowę.

- Widziałam się z Lucasem…- słowa zawisły między nimi. Przez dłuższą chwilę żadne z nich nie odezwało się ani słowem.

- Co? – z trudem przełknął, to co miał w ustach. Kaszlnął.- Żartujesz, prawda?

- Nie – pokręciła głową.- Jakiś tydzień temu spotkałam go przypadkiem, rozmawialiśmy…

- Dlaczego nie powiedziałaś mi od razu??? – ryknął tak nagle, że podskoczyła na krześle.

- Nie chciałam cię denerwować przed koncertem, nawet nie było na to czasu…

- Czyli wiedziałaś, że się zdenerwuję? – był wściekły.- I miałaś rację! Nigdy więcej się z nim nie spotkasz, Laura! Nigdy! – wstał od stołu, strącając talerz z niedojedzonym obiadem. Rozbił się, z hukiem upadając na podłogę.

- Paddy posłuchaj – zatrzymała go.- On chce z tobą porozmawiać, to ważne.

- Porozmawiać? – spojrzał na nią z pogardą.- O czym? Ja nie mam mu nic do powiedzenia.

- Ale..Ale dzieje się coś złego…Paddy, coś bardzo złego…

- Co takiego? Wracacie do siebie? – zaśmiał się głośno.- Znowu macie wspólne tajemnice? – z wściekłością kopnął w stół. Zamknęła oczy. Nigdy go takiego nie wdziała.

- Paddy nic nie rozumiesz…- zaczęła, ale znów jej przerwał.

- Czego nie rozumiem? No czego? – krzyczał.- Po co znowu się z nim spotykasz? Nie wiesz jakie to dale mnie trudne?- stał nad nią, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Próbowałem mu wybaczyć, ale nie chcę! Nie potrafię! I nie mogę pojąć, jak możesz być tak okrutna?!

- On umiera! – wrzasnęła z całych sił. Miała dość. Oczy piekły ją od powstrzymywanych łez.- Jest chory! Ma raka – szeptała, trzymając się za czoło. Bolała ją głowa, a serce waliło jak oszalałe.- Marzy tylko o tym żeby się z tobą spotkać.

- Nie obchodzi mnie to! – wyszedł z salonu trzaskając drzwiami.- I o jedno cię proszę – zawrócił, patrząc na nią z wściekłością i żalem.- Nigdy więcej się z nim nie spotykaj….Nigdy! – wycelował palec w jej stronę.- Koniec tematu! – wyszedł…

……………………………………………..

Nie mogła spać. Był środek nocy, a ona myślała o Lucasie…Co się z nim dzieje? Za żadne skarby nie chciała zranić Paddiego, ale martwiła się o niego. Od tamtej kłótni minął ponad tydzień i z każdym dniem miała do Patricka coraz więcej żalu. Nawet jej nie wysłuchał…Zadrżała. A jeśli on? Jeśli Lucas…- nie mogła nawet o tym myśleć. Szybko wystukała smsa; ” Co U ciebie? Odezwij się!”. Opadła na łóżko. Przecież nie mogła go tak zostawić, był kompletnie sam…

118. THANK YOU FOR LOVING ME

Przepraszam za tak długą przerwę. Mam nadzieję, że jeszcze czytacie ;) Postaram się przyspieszyć, bo do końca zostało tak niewiele…Pozdrawiam!

SPE?NIAMY DZIECI?CE MARZENIA - EVENT CHARYTATYWNY W DAYLI

118.
- Chyba nie starczy, będzie za mało…- Laura zamaszyście zamieszała łyżką w garnku i spojrzała z ukosa na Nicole.- Skończy się na tym, że zamówię pizzę…- westchnęła, zaglądając do piekarnika.

- Przestań – Nicole oblizała usta, wyjadając oliwki wprost ze słoika.- Zjedzą wszystko, co im dasz. Ta banda jest wiecznie głodna, uwierz mi.

- Taaaa….- Laura mruknęła z powątpiewaniem.- Już widzę ten zabójczy wzrok Patricii, w momencie, kiedy z obrzydzeniem będzie pluła w talerz…- wyjęła ciasto z piekarnika.- Może chociaż szarlotka się udała…

- Ja nie wiem czym ty się przejmujesz – Nicole spojrzała na nią ze zdziwieniem. – Masz zamiar przepraszać ich na kolanach, czy co? Nie podoba się, to wynocha – zaśmiała się.- Prędzej czy później sami do niego przybiegną, wierz mi.

- Ale to nie o to chodzi – Laura usiadła przy stole, upijając łyk wina, które miało być do kolacji.- Są rodziną i wiem jak bardzo Paddiemu na nich zależy…Robię to dla niego, nie dla siebie…- zamyśliła się.

- A ty co? Sama pijesz? – koleżanka oburzyła się.- Dawaj łyka, też to wszystko przeżywam, nie myśl sobie!

- Akurat – roześmiała się Laura.- Właśnie widzę, jak bardzo jesteś zdenerwowana.

- Żebyś wiedziała – Nicole wsypała resztkę oliwek do miski z sałatką i podstawiła kieliszek.- Będzie dobrze, nie martw się – poklepała Laurę po ramieniu.- A jak nie, to same to wszystko zjemy.

- No dobra – Laura odkroiła kawałek szarlotki.- O kurwa, zakalec!- krzyknęła za zgrozą.- To się nie uda…- załamała ręce.

…………………………………….
Czuła się jak na egzaminie, kiedy wszyscy wreszcie zasiedli do stołu. Paddy nie miał pojęcia, z jakiego powodu całe to zamieszanie i ze zgrozą spoglądał na tłoczące się w salonie rodzeństwo. Było miło, choć raczej sztywno. Miała wrażenie, że ich zachowanie jest trochę sztuczne.

- Chciałam coś powiedzieć – wstała z krzesła i spojrzała na gości…Zdziwiony Paddy, patrzący na nią pytającym wzrokiem…Uśmiechnięta Maite, ukradkiem podjadająca nieudaną szarlotkę…Wściekła Patricia…Chociaż…Spojrzała na nią raz jeszcze. Może wcale nie była wściekła? Wydawała się raczej smutna. Jimmy i Joey szeptem rozmawiali między sobą, a Angelo chyba się nudził, bo bawił się zdjętymi z nosa okularami.- Bardzo się cieszę, że przyszliście – ręce jej drżały, poczuła dłoń Paddiego na swoich plecach. To dodało jej otuchy. Chrząknęła.- Nie miałam zamiaru wygłaszać żadnej mowy ani czegoś w tym stylu – wysiliła się na uśmiech. – Ale skoro jesteśmy tu wszyscy, muszę coś powiedzieć…Cieszę się, że przyszliście przede wszystkim ze względu na Patricka – dotknęła lekko jego dłoni.- Laura…- szepnął, ale machnęła ręką.- Wiem jak mu trudno i nie mogę znieść tego, że kłócicie się przeze mnie. Możecie mnie nie lubić, nie szanować…- westchnęła.- Nie proszę o wybaczenie, swoje już zapłaciłam…Popełniłam błąd. Bardzo szybko zrozumiałam, co straciłam, ale było za późno…Chciałam walczyć, nie udało się. Tamten czas w moim życiu był zły…Zapomniałam kim jestem, nigdy sobie tego nie wybaczę – rozejrzała się. Wszyscy słuchali w skupieniu, nawet Joey patrzył prosto na nią.- Daliśmy sobie szansę – z czułością spojrzała na Paddiego.- Chyba po prostu nie możemy bez siebie żyć – roześmiała się.- Kocham waszego brata, jak nikogo na świecie. I dlatego proszę. Nie kłóćcie się. Wspierajcie się nawzajem…On was potrzebuje. Tylko tyle…- usiadła, ręce jej drżały.

- Laura, nie musiałaś – Paddy skrzywił się lekko.- Po co to wszystko? Nie musisz nikogo przepraszać, to nasza sprawa.

- Musiałam, chciałam…- szepnęła. Było jej lżej. Podniosła głowę i natrafiła na wesołe spojrzenie Maite.- Zawsze wiedziałam, że jeszcze będziecie razem – roześmiała się.

- Poznałem Rose, trochę lepiej…- nagle odezwał się Jimmy, a wszyscy spojrzeli w jego stronę.

- Trochę lepiej? – zdziwił się Paddy.

- No tak…Pomagałem jej – Jimmy chrząknął i sięgnął po kieliszek z winem.- Wiem jedno. Nie chciałaby żyć z kimś, kto jej nie kocha. Zasłużyła na coś o wiele lepszego…Ten cały ślub był zupełnie nie potrzebny. Paddy zawsze należał do ciebie, nigdy nie zapomniał…Laura – spojrzał na nią poważnie.- Nie spiernicz tego. No i bądźcie szczęśliwi – niezgrabnie poklepał brata po ramieniu.

- Dziękuję – bezgłośnie poruszyła ustami. Przez chwilę zagłuszył ją gwar rozmów. Angelo uściskał ją serdecznie, a Maite gadała jak najęta. Nawet Paddy się rozluźnił i wdał w jakąś dyskusje z Joeyem. Jak miło było widzieć ich znowu razem. Ukradkiem zerknęła na Patricię. Siedziała sztywno, patrząc w okno. – Przyniosę deser – Laura wstała od stołu.- Co prawda, upiekłam ciasto, ale średnio się udało – zaśmiała się.- Mam za to lody.
Kiedy opuściła salon i weszła do kuchni, odetchnęła z ulgą. Nie było źle. Może jeszcze wszystko się ułoży. Wyjęła pucharki, otworzyła lodówkę, kiedy usłyszała czyjeś kroki. Odwróciła się.

- Pomóc? – Patricia stała przed nią, patrząc niepewnie.

- Jasne, może nałożysz lody? – Laura podała jej trzymane w ręku pudełko. Przez chwilę w milczeniu przygotowywały deser.

- Wiesz, nigdy nie lubiłam fanek, nie mam do nich zaufania – Patricia nagle przerwała otaczającą ich ciszę.- Za dużo widziałam…Cieszyłam się, kiedy Paddy poznał Joelle, a potem się z nią ożenił. Była spokojna, ułożona, jakby stworzona do tego, żeby sprawić, aby jego życie nareszcie było normalne…Ale on nie tego chciał, nie tego szukał – w zamyśleniu oblizała łyżkę.- Zawsze pragnął czegoś więcej. Widziałam to, ale próbowałam przekonać siebie samą, że się mylę. No i stało się. Poznał ciebie i wszystko inne przestało mieć znaczenie. Ślub, przysięga małżeńska, wierność…Był szczęśliwy, nie widział poza tobą świata, ale ja się bałam. O niego zawsze bałam się najbardziej…- spojrzała na Laurę.- Dlatego nigdy tak do końca nie zaakceptowałam jego wyboru. A kiedy go zostawiłaś i to jeszcze dla Lucasa, coś we mnie pękło. On na to nie zasłużył, jest najlepszym człowiekiem jakiego znam…- mała łza spłynęła po jej policzku.- Za wszelką cenę chciałam przywiązać go do Rose. Tylko, że tak się nie da – rozpłakała się.- Nie przeżyję życia za niego, nie uchronię przed błędami, ale skoro obie go kochamy, nie możemy być sobie wrogie…

- Też tego nie chcę – Laurę dosłownie wryło w podłogę.- Jesteś dla Paddiego bardzo ważna.

- Przepraszam za moje ostatnie słowa – Patricia głośno wciągnęła powietrze.- Nie jest mi łatwo, ale chcę żebyście byli szczęśliwi. Nie mam zamiaru w tym przeszkadzać. Tylko proszę cię…Nie skrzywdź go.

- Patricia – Laura rzuciła się jej w ramiona.- Tyle się wydarzyło. Nienawidziłam siebie! Karałam siebie samą, za to, co zrobiłam. Uważałam, że nie zasługuję na nic dobrego. Narobiłam tyle głupot…- teraz to ona, rozpłakała się na dobre.- Paddy dał mi szansę, wybaczył…To jak dar od losu, nowe życie…A dzisiaj twoje słowa…Nawet nie wiesz ile dla mnie znaczą – wychlipała.

- Już dobrze, mnie też ulżyło…- Patricia nie wypuszczała jej z uścisku.

- A co tutaj się dzieje? – Paddy patrzył na nie z otwartymi ustami.- Bijecie się czy godzicie?

- Bardzo śmieszne – Patricia otarła łzy i obrzuciła go oburzonym spojrzeniem.

- Zrobiłyśmy deser – Laura uśmiechnęła się i podała mu tacę.- Zaniesiesz?

- Wszystko z wami w porządku? – nadal przyglądał im się podejrzliwie.

- Oczywiście – Laura pocałowała go w policzek.- Masz wspaniałą rodzinę.

- Hahaha – zrobił śmieszną minę.- Dobry żart. Wspaniale to będzie jak wreszcie sobie pójdą – puścił oko do Patricii.

- I tak cię kocham, braciszku – czule zmierzwiła jego włosy.- Chodźmy na te lody, bo się roztopią.

……………………………………………….

- Pójdziemy na spacer? – kilka dni później, Laura weszła do sypialni i usiadła na łóżku obok leżącego Paddiego.- Co tam piszesz? – zajrzał mu przez ramię.

- Po głowie chodzi mi nowa piosenka…- podniósł głowę, przyciągnął ją do siebie.- Ale to może poczekać – mruknął, wtulając twarz w jej włosy.

- Skoro może poczekać, to zapraszam cię na małą przechadzkę – zwinnie wydostała się z jego objęć.

- Wolę zostać tutaj – przeciągnął się.- Jest ciepło i przytulnie, wyciągnął rękę, przejechał dłonią po jej udzie.

- Staruch – zaśmiała się.- Ubierzemy się. Wydaje mi się, że zaczął padać śnieg.

- Tym bardziej, wolę zostać tutaj – jego dłoń wędrowała coraz wyżej, próbując dostać się pod cienki materiał jej koronkowych majtek.

- Przesiedzimy w domu całą zimę?

- Podoba mi się ten pomysł…- jego oczy błyszczały, spróbował położyć ją na plecach.

- Nie! – stanęła na równe nogi, poprawiając włosy.- Idziemy na spacer – otworzyła szafę.- Proszę bardzo – rzuciła w niego szarym swetrem.- Piękny sweterek od twojej siostry Patricii, jeszcze go na sobie nie miałeś.

- Jest straszny…- jęknął, podnosząc się z łóżka.- Nikt już takich nie nosi.

- A od kiedy ty się tym przejmujesz? – roześmiała się.- Przynajmniej nie będziesz zrzędził, że ci zimno – wyszła z sypialni.- Za pięć minut wychodzimy – krzyknęła słodkim głosem.

………………………………………
Spacerowali już dosyć długo, ciesząc się pierwszymi płatkami śniegu. Po drodze zatrzymali się w swojej ulubionej knajpce i wypili pyszne grzane wino. Było już całkiem ciemno, kiedy dotarli do parku. Sprawiał wrażenie cichego i pustego o tej porze roku. Drzewa pokryły się delikatnym białym szronem, ławki świeciły pustaki, zniknął gwar zwykle towarzyszący temu miejscu.

- Pięknie tu – szepnęła, chowając zziębnięte dłonie do kieszeni. – Kiedy wróciłam do Kolonii, bałam się tu przyjść, tak bardzo to miejsce kojarzy mi się z tobą – spojrzała w jego stronę.- Wydawało mi się, że już nigdy, żadne miejsce nie będzie tak bardzo wyjątkowe. Zresztą wtedy wszystko było bez sensu.

- A teraz ma sens? – zapytał, wypuszczając z ust obłok białej pary.

- Ma – przytaknęła.- Wszystko nabrało innego wymiaru – spojrzała na niego. Zbliżył się do niej. Czułym gestem poprawił kremowy szalik na jej szyi.

- Gdzie masz czapkę? – zapytał, patrząc jak płatki śniegu tworzą białą pierzynkę na jej ciemnych włosach.

- Oj, nie czepiaj się szczegółów – roześmiała się.- Nie jest mi zimno.

- Wracajmy- złapał ją za rękę.- Nie chcę żebyś jutro była chora.

- Poczekaj – zatrzymała go.- Właściwie to…Chciałam ci coś powiedzieć…A raczej zapytać – ze zdenerwowania nie mogła zebrać myśli.- Nie bez powodu wyciągnęłam cię na ten spacer – zerknęła na swoją torebkę.

- Hmmmm…- mruknął zaciekawiony.- Co takiego sprawiło, że wolałaś opuścić ciepłą sypialnię i wyjść na mróz?

- To miejsce jest dla mnie szczególne – zaczęła. Stanęła przed nim. Przysunęła się bliżej. Tak blisko, że prawie dotykała ustami czubka jego zaczerwienionego z zimna nosa. – Chciałam ci tylko powiedzieć, że jesteś najlepszą rzeczą jaka mnie w życiu spotkała. Dziękuję ci za to, że mnie kochasz pomimo wszystko…Znasz mnie jak nikt inny, wiesz, że są rzeczy, których się wstydzę, tak bardzo żałuję…A mimo to…- spojrzała mu w oczy.- Jesteś tu teraz, ze mną…Czuję twój oddech. Kocham cię i chcę być z tobą już zawsze.

- Też cię kocham – przytuli ją.- Uda nam się, wiem to – przez chwilę stali w milczeniu.- Chodźmy do domu – odszukał jej dłoń.

- Poczekaj jeszcze!- gorączkowo przeszukiwała torebkę. Nigdzie go nie było… Niewiele myśląc, wyspała jej zawartość na śnieg.

- Czego tak szukasz? Pomogę Ci.

- Stój! Nie ruszaj się! – krzyknęła zdenerwowana, bo właśnie je zauważyła…Małe, czerwone pudełeczko. Schowało się pod podszewkę.

- Laura? – zapytał rozbawionym głosem.- Zachowujesz się, jak byś chciała się oświadczyć – wybuchł śmiechem.

- Nie zbijesz mnie z tropu – mruknęła, wyciągając zgubę.- To własnie chcę zrobić i jestem z tego dumna – uniosła wyżej brodę.- Na dłoni położyła złoty pierścionek. Mały diament błysnął.- Proszę – wyciągnęła rękę.- Będę zaszczycona, jeśli założysz mi go na palec. Nigdy go nie zdejmę.

- Myślałem o tym żeby kupić nowy – szepnął.

- Chcę ten. Za pierwszym razem nie dałam ci szansy żebyś mi go dał. Dzisiaj sama o to proszę. Jeśli się zgodzisz, oczywiście – dodała cicho. Nagle się przestraszyła. Może wygłupiła się na maksa? Co zrobi, jeśli on odmówi?

- Kocham cię – ujął jej dłoń i wsunął pierścionek na palec.- Muszę powiedzieć, że mnie zszokowałaś!

- Nie spodziewałeś się, co? – zapytała, uradowana.

- Brawo za odwagę – uśmiechnął się, całując ją w usta.

- Ale nie będę twoją trzecią żoną? – zapytała, kiedy wracali, przez ciemny park, trzymając się za ręce.- Wolę być wieczną narzeczoną.

- Ty zawsze będziesz pierwsza…

………………………………………………….

MIESIĄC PÓŹNIEJ

Tego dnia, wracała w szczególnie radosnym nastroju. Mimo, że była zmęczona i było już dość późno, czuła tą szczególną radość, wypełniającą ją od środka. Mała Sara znalazła dom. Wszystko się udało i właśnie dziś dopełnione zostały ostatnie formalności adopcyjne. W dodatku chłopiec ze szpitala, w którym od jakiegoś czasu pomagała, zebrał odpowiednią kwotę na operację serca. Uśmiechnęła się do siebie. Za każdym razem, kiedy działo się coś takiego, dziękowała Bogu, że choć w ten sposób może odkupić swoją winę. Paddy już o tym nie wspominał, ale była coraz bardziej gotowa na to, żeby się otworzyć. Bała się o tym myśleć, ale powoli kiełkowała w niej pewność, że chce z nim stworzyć rodzinę. Taką prawdziwą. Z maleństwem, które zapełniłoby puste miejsce w jej sercu. Wstąpiła jeszcze do sklepu po wino. Chciała opowiedzieć Paddiemu o wszystkim co się dzisiaj wydarzyło. To była najmilsza część dnia, kiedy wieczorem kładli się razem na kanapie i rozmawiali, rozmawiali…, a czasem milczeli i już sama nie wiedziała, co jest lepsze. Może po prostu świadomość, że on jest tuż obok?
Skręciła w boczną uliczkę, żałując, że nie wzięła taksówki. Było zimno, w dodatku jak na złość, latarnie nie świeciły. Miała wrażenie, że ktoś za nią idzie, ale nie odwróciła głowy. Serce zabiło jej mocniej. Odruchowo zacisnęła dłoń na torebce. Dyskretnie rozejrzała się na boki. Wokół nie było żywej duszy. Przyspieszyła kroku. Ktoś za nią szedł. Teraz już była pewna. Powstrzymała się żeby nie pobiec. Słyszała tylko swój przyspieszony oddech.

- Laura? – usłyszała męski głos. Miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi.

- Zostaw mnie! – krzyknęła w panice.

- Laura, to ja! – mężczyzna złapał ją za ramię.- Nie bój się. Przystanęła, powoli odwróciła głowę. Było ciemno, ale wyraźnie widziała jasne włosy odcinające się od bladej twarzy…Niebieskie oczy…Szczupłe, zapadnięte policzki.

- Lucas – szepnęła.- Boże, jak ty wyglądasz? Co ci jest?

- Przepraszam, że cię przestraszyłem – schował do kieszenie przeraźliwie chudą dłoń.- Miło cię widzieć, pięknie wyglądasz – uśmiechał się z trudem.

- Ty za to trochę…- nie mogła dobrać słowa.- Schudłeś…

- Pójdę już – odwrócił się nagle.- Na pewno się spieszysz – odszedł powoli. Patrzyła za nim przez chwilę. Coś w jego postawie, zgarbionych plecach, pochylonej głowie nie pozwoliło jej odejść.

- Lucas! – krzyknęła.- Zaczekaj – podbiegła do niego.- Chodź na jakąś kawę, pogadamy…

117. HAPPINESS

285194

Było dobrze. Czasem aż bała się o tym myśleć, żeby nie zapeszyć. Mogła śmiało stwierdzić, że ostatnie dni, nareszcie pozwoliły jej zapomnieć o przeszłości i cieszyć się chwilą. Tu w Polsce, w rodzinnym domu bez problemu dało się uwierzyć, że może być lepiej. Zwłaszcza, że miała swój mały plan, na myśl o którym, uśmiechała się sama do siebie. Teraz, siedząc przy stole i zajadając się pysznymi gołąbkami zrobionymi przez mamę, była po prostu szczęśliwa. Spojrzała na Paddiego, który siedział po drugiej stronie. Był całkowicie zatopiony w rozmowie z jej ojcem, ale jakaś magiczna siła sprawiła, że popatrzył na nią w tym samym momencie. Ich oczy się spotkały, a ona zrumieniła się jak na pierwszej randce. „Kocham” – bezgłośnie poruszyła ustami, a on uśmiechnął się lekko. Poczuła mrowienie w dole brzucha. Przy nim czuła się jak nastolatka. Wbiła wzrok w talerz, grzebiąc widelcem w niedokończonym jedzeniu. W tym momencie, jedyne na co miała ochotę, to zaciągnąć go do jej pokoju na górze, ale rozsądek zwyciężył.

- Deser! – mama Laury wkroczyła do salonu niosąc duży talerz, wypełniony po brzegi czekoladowym ciastem.

- Pomogę! – Paddy zerwał się od stołu i przejął od niej talerz.- Wygląda niesamowicie – nałożył sobie od razu dwa kawałki.

- Jak tak dalej pójdzie, nie wcisnę się w żadne spodnie – Laura poklepała się po brzuchu, ale ochoczo sięgnęła po łyżeczkę.

- Powinnaś przytyć – mama spojrzała na nią znacząco.- Wyglądasz jak własny cień.

- Mamo! -chciała zaprotestować, ale nie zdążyła, bo tamta odwróciła się i całą swoją uwagę skupiła na Paddym.

- Tak bardzo się cieszę, że znów mogę was widzieć razem – usiadła obok niego, dokładając mu jeszcze ciasta.- Kiedy jest z tobą, jest całkiem inna – szepnęła do niego w zaufaniu.- Ten czas waszego rozstania był straszny, tak bardzo się o nią martwiłam – zerknęła na córkę.

- Wiem – Paddy poklepał kobietę po ręce.- Oboje pogubiliśmy się, ale teraz będzie już tylko lepiej – uśmiechnął się szeroko.- Winka? – sięgnął po butelkę wypełnioną ciemnoczerwonym trunkiem.

- Chętnie – podsunęła mu kieliszek.

- Ja też chcę – odezwała się Laura.- O czym tak szepczecie? – zapytała zaciekawiona.

- Nie bądź taka ciekawska – mama puściła do niej oko.- Ale słuchajcie! – patrzyła to na Laurę, to na Paddiego.- Dlaczego prasa wciąż wyciąga ten twój rozwód na światło dzienne? Patrick? Przecież z Joelle rozwiodłeś się dawno temu…Nie znudził im się ten temat?

W salonie zapanowała cisza. Słuchać było tylko brzęk łyżeczek i kieliszka, który Laura podniosła nerwowo do usta.

- To drugi rozwód – głos Paddiego zabrzmiał trochę niepewnie.

- Drugi??? – jednocześnie zapytali rodzice Laury.- Ożeniłeś się po raz drugi?

- Jest już po rozwodzie – wtrąciła Laura, jednocześnie wyciągając z barku kolejną butelkę wina. Musiała się napić.

- Ach tak…- mama Laury przyglądała mu się podejrzliwie. Wziąłeś ślub po raz drugi?- nie spuszczała z niego wzroku.

- Tak wyszło…- nagle poczuł się jak mały chłopiec.

- Kolejny rozwodzik, nieźle…- odezwał się, do tej pory milczący ojciec.- Do trzech razy sztuka?

- Można tak powiedzieć – roześmiał się Paddy.- Zabrzmiało to trochę sztucznie. Nie miał pojęcia, czy ojciec Laury żartuje, czy może chce mu dokopać.

- To, że Laura narozrabiała, to pewne – kontynuował ojciec.- Wystarczy wspomnieć twoje oświadczyny – spojrzał na nią z urazą. Ale to moja córka więc, wiesz…

- Ej- Laura weszła im słowo.- Skończcie to przesłuchanie. Tak, Paddy miał żonę, jest po rozwodzie, koniec opowieści. A tych głupich gazet nie czytaj – spojrzała na mamę.

- Oj dzieci, dzieci…Życie was przerosło…- spojrzała na nich troską.- Dla mnie zawsze będziesz jak syn – położyła dłoń na ramieniu Paddiego.- Dbajcie o siebie i waszą miłość, tylko o to was proszę.

- Będziemy – Paddy przytulił ją lekko do siebie.- Pyszny obiad – wstał od stołu.- To bardzo wiele dla mnie znaczy, mieć w was oparcie. Bo moja rodzina…Szkoda gadać – machnął ręką.

……………………………………………..
- W taki dzień, wszystko wydaje się możliwe – godzinę później, leżeli obok siebie na łóżku, w dawnym pokoju Laury.

- To był dobry pomysł, żeby tu przyjechać – przyciągnął ją do siebie.- Mała powtórka? – szepnął, przegryzając płatek jej ucha.

- Nigdy nie masz dość – zapytała, przekornie bawiąc się jego włosami.- Urosły ci – przeczesywała je dłonią.

- Czas na fryzjera – mruknął, całując ją w szyję. Zadrżała.

- Nieeee, podobasz mi się taki – powiedziała wolno. Jej dłoń znalazła się teraz na jego policzku. Opuszką palca dotknęła jego ust.- Jesteś mega seksowny.

- Wow! – roześmiał się, unosząc się nad nią.- Cóż za wyszukany komplement.

- Mam najlepszego faceta pod słońcem – objęła go za szyję.- Jestem szczęściarą.

- To fakt, niejedna może ci pozazdrościć – puścił do niej oczko.

- Na przykład Brenda? – zapytała z powagą.

- Przecież żartuję, co za głupoty przychodzą ci do głowy – na chwilę go zatkało.

- Wiem, wiem – roześmiała się.- Paddy….- przybliżyła swoją twarz, widziała teraz zmarszczki wokół jego oczu. Uwielbiała je. Pocałowała te miejsca z czułością.- Nie chcę żebyś kłócił się o mnie z rodziną. Nie powinno tak być – dodała smutno.

- Mam ich gdzieś – odsunął się nieznacznie.- Nie mówmy o tym.

- Ale przecież wiem, że cię to gnębi – znów pogłaskała go po włosach. Nie mogła się oprzeć, były takie miękkie w dotyku.

- Chcesz popsuć mi ten wyjątkowy dzień? – zirytował się.

- Oczywiście, że nie – połaskotała go w podbródek.- Koniec tematu – przytuliła się.

- Pięknie pachniesz – jego język drażnił jej szyję. Wciągnęła głęboko powietrze. Poczuła dotyk jego dłoni na swoich plecach. Powoli podnosił jej bluzkę do góry, a po chwili jego palce błądziły wokół sterczących sutków, które przebijały przez cienki materiał koronkowego stanika. – Zaraz to z ciebie zedrę – mruknął, całując jej piersi i brzuch.

- Nie mogę – pisnęła. Rozejrzała się w poszukiwaniu biustonosza, który wylądował na podłodze.- Umówiłam się z Gabi. Muszę zaraz wyjść – próbowała uspokoić przyspieszony oddech.

- Nie puszczę cię teraz – jego głos zdradzał narastające pożądanie.- Gabi poczeka.

- I tak już jestem spóźniona – wywinęła się z jego uścisku i zeskoczyła z łóżka.- Ty sobie tu poleż, odpocznij, ostygnij trochę…- zachichotała, otwierając szafę. – Którą założyć? – wyjęła dwie sukienki. Jedną prostą, szarą, a drugą granatową w zielone wzory.

- Nie wiem, nie interesuje mnie to – jęknął, kładąc się na wznak.- Nienawidzę cię – odwrócił głowę.

- Chyba jednak troszkę kochasz, co? – pochyliła się nad nim, muskając jego usta. – Szara czy niebieska?

- Zołza – milczał przez dłuższą chwilę, ale nie wytrzymał.- Granatowa, świetnie ci w niej.

- Dzięki – pobiegła do łazienki.

- Zabiję ją kiedyś, przysięgam …- mruczał do siebie przez chwilę, a po krótkim czasie usłyszał dźwięk zamykanych drzwi. Wyszła. Tak naprawdę nie był wściekły. Cieszył się każdą chwilą ich radości i szczęścia.

……………………………………………

- Usnął – kilka godzin później, Gabi delikatnie zamknęła drzwi od pokoju synka i usiadła obok Lauru.- Nareszcie trochę spokoju – westchnęła.- Czas na ploteczki – zatarła ręce.- Rób drinki, ja wyciągnę lody – ruszyła w stronę lodówki.

- Ach, jak mi tego brakowało! – pisnęła Laura, podając jej szklankę.- Tęskniłam! – rzuciła się przyjaciółce na szyję.

- Ja bardziej – Gabi pocałowała ją w oba policzki.- Opowiadaj jak z Paddym? Miłość kwitnie?

- Tak – Laura uśmiechnęła się na samą myśl.- To, że jesteśmy razem, to troszkę twoja sprawka – zerknęła na Gabi.- Kto dał mu cynk, że jestem na lotnisku?

- No co? Miłości trzeba pomagać! – przyjaciółka lekko stuknęła ją ramię.- A ja zawsze wiedziałam, że jesteście dla siebie stworzeni.

- Też tak myślę – Laura zamilkła na chwilę. Powoli sączyła swojego drinka.- Ale łatwo nie jest. Patricia mnie nienawidzi. Prasa szuka sensacji, a Paddy po raz kolejny zostawił żonę. Przeze mnie.

- Mógł się nie hajtać – Gabi w zamyśleniu oblizała łyżeczkę.- Powinien wiedzieć, że prędzej czy później wróci do ciebie.

- Raczej nie miał takiego zamiaru – stwierdziła gorzko Laura. Wygonił mnie, kiedy chciałam zacząć od nowa, a sam próbował ułożyć sobie życie.

- Bo go zostawiłaś, zapomniałaś? – prychnęła Gabi.- Dla najlepszego kumpla. Ciesz się, że cię tylko wygonił. Mogłaś jeszcze dostać w zęby.

- Dzięki – obraziła się Laura.

- Wybacz, ale taka jest prawda – Gabi roześmiała się.- Był wściekły, bo cię kocha, nie rozumiesz tego? Teraz musisz zrobić wszystko, żeby było dobrze. Kolejny raz nie będzie już czego zbierać. Wierz mi.

- Wiem, wiem…Jak zwykle masz rację – Laura odstawiła swoją szklankę i założyła ręce za głowę.- Tylko, że czasem tak bardzo się boję, że w końcu skończy mu się cierpliwość. Ostatnio o tym nie rozmawiamy, ale to cięgle wisi między nami…Lucas i wszystko, co zrobiłam…A najgorsze jest to, że przeze mnie pokłócił się ze swoją rodziną. Nie chcę żeby tak było.

- To zrób coś z tym – odpowiedziała Gabi.- Pogadaj z nimi. Powiedz, jak bardzo są dla niego ważni. Chyba mają serce, co?

- Chyba mają…- Laura spojrzała na przyjaciółkę.- Jesteś bardzo mądra, wiesz? – uśmiechnęła się. Nagle odzyskała humor.- Tak właśnie powinnam zrobić, jestem mu to winna – zapaliła się do pomysłu Gabi.- Porozmawiam z nimi – podskoczyła na kanapie.- To co? Teraz twoja kolej – napełniła szklanki i jedną z nich podała przyjaciółce. – Chcę wiedzieć wszystko o tym…Marcelu – przypomniała sobie imię.- Nawet Jaś się wygadał, że mama ma nowego kolegę – zauważyła rumieniec na policzku Gabi.

- Oj to nic takiego – broniła się.

- Mów! – pisnęła Laura.- Noc przed nami!

……………………………………………………..

Kasia-Smutniak-270x400

DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ

Brenda stała w drzwiach do salonu i od dłuższej chwili obserwowała grę Paddiego i Jacka. Skrzyżowała ręce na piersi, starając się powstrzymać łzy. Już dawno nie widziała syna tak szczęśliwego. Uzmysłowiła sobie, jak bardzo brakuje mu ojca i jak samotne życie wiedli do tej pory. Zresztą, była to tylko jej wina. Najpierw zamknęła się w swoim żalu, po stracie męża, a później rzuciła w wir pracy. Zapomniała o wszystkim. Nawet o własnym dziecku…

- Brawo! – ruszyła w ich stronę, klaszcząc w ręce.- Jak tak dalej pójdzie, to poprosimy Paddiego żeby cię zabrał na swój koncert – pocałowała Jacka w czubek głowy.

- Świetnie ci poszło, chłopie – Paddy z uznaniem poklepał go po plecach.- Masz talent, mama powinna być z ciebie dumna.

- I jestem – uśmiechnęła się ciepło.- Dziękuję, że poświęcasz mu tyle czasu.

- To dla mnie frajda – Paddy odłożył gitarę.- Ale teraz będę się zbierał, bo i tak się zasiedziałem…A wiesz jakie potrafią być kobiety, jak się zdenerwują? – mrugnął porozumiewawczo do chłopca.

- Jasna sprawa – Jack pokiwał głową, przybierając poważną minę.- Krzyczą piskliwym głosem i w ogóle nie dają dojść do słowa.

- O właśnie. Trafiłeś w samo sedno! – Paddy spojrzał na niego z uznaniem.- Nie ma najmniejszej szansy wtrącić choć słówko…

- Noooo…I jeszcze wymachują rękami, a potem są obrażone. Moja mama tak robi.

- One wszystkie tak robią – zaśmiał się Paddy, mierzwiąc mu czuprynę.- Lepiej z nimi nie zadzierać.

- Hej, panowie! Dosyć tego – Brenda, przerwała tą fascynującą wymianę myśli, próbując powstrzymać się od śmiechu.- Jack, szoruj do łazienki. Pan Patrick jest już zmęczony.

- Dobra, już idę – chłopiec z niechęcią wykonał polecenie.

- Masz świetne podejście do dzieci – Brenda spojrzała na niego z uznaniem, kiedy Jack zniknął w łazience.- Dziękuję. To co dla niego robisz, bardzo wiele dla mnie znaczy – westchnęła.

- To świetny chłopak – sięgnął po kurtkę.- I naprawdę uważam, że ma talent.

- Zostań jeszcze – poprosiła cicho.- Zrobię herbatę. Masz ochotę?

- W zasadzie już trochę późno – zerknął na zegarek, ale widząc jej zbolałą minę, skapitulował.- No dobra, może być herbata. Zaschło mi w gardle od tego śpiewania.

- Wiesz, ja już się z tym wszystkim pogodziłam – pół godziny później, Brenda kończyła swoją opowieść. Wspominała wypadek męża.- Widocznie tak miało być. Szkoda mi tylko Jacka. Jest taki samotny.

- Bardzo ci współczuję – Paddy odstawił pusty kubek.- Ale pozwól sobie na szczęście. Życie przed tobą.

- Od kiedy pojawiłeś się w naszym życiu, jest inaczej…Po raz pierwszy od dawna, rozbrzmiewa tu śmiech, muzyka…- spojrzała na niego odrobinkę za długo.- To głupie, przepraszam…

- Powinienem już iść – zerwał się z krzesła.- Zadzwonię za jakiś tydzień. Umówimy się na kolejną lekcję.

- Paddy? – zatrzymała go w drzwiach.- A jak to było z wami? Rozstaliście się na ponad dwa lata…Musiał być jakiś powód…

- Był – zacisnął zęby.- Nie chcę o tym rozmawiać.

- Powinieneś to z siebie wyrzucić, tak jest łatwiej – stali na przeciwko siebie. Na ułamek sekundy położyła swoją dłoń, na jego ręce. Byłą ciepła, miła…Poczuła tęsknotę… Jakiś żal, ból, pragnienie…Obudziły się w niej uczucia, o których istnieniu, dawno już zapomniała.

- Być może – spojrzał na nią z powagą.- Ale nie jestem jeszcze na to gotowy. To trudne – odwrócił wzrok.

- Gdybyś kiedyś potrzebował się wygadać, pamiętaj o mnie. Podobno potrafię nieźle słuchać – zaśmiała się trochę nerwowo.

- Zapamiętam – przez chwilę nie ruszał się z miejsca, a potem otworzył drzwi.- Pójdę już, zrobiło się późno.

- Do widzenia, Patrick – patrzyła za nim, kiedy wychodził. Podeszła do okna. Widziała jak wsiada do samochodu, a potem odjeżdża z piskiem opon. Zagryzła wargi. Znów była sama. Otaczała ją tylko przeraźliwa cisza.

……………………………….

Od kilku dni, zbierała się na odwagę żeby do niej zadzwonić…Codziennie brała do ręki komórkę, wpatrując się w numer do Patricii, a potem z westchnieniem odkładała telefon z powrotem na stół. Niełatwo było zapomnieć o wszystkim, co od niej usłyszała. Bolało do dziś, choć starała się o tym nie myśleć.

- Raz kozie śmierć – szepnęła do siebie, dodając sobie otuchy. Było już dosyć późno, czekała na Paddiego, który trochę się spóźniał i właściwie to nie miała nic ciekawszego do roboty. Z bijącym sercem, wsłuchiwała się w miarowy sygnał w słuchawce, aż w końcu, kiedy już miała się rozłączyć, Paricia odebrała.

- Słucham – usłyszała jej głos. Spanikowała i chciała przerwać połączenie, ale powstrzymała się. Musiała z nią porozmawiać. Dla Paddiego.

- Cześć – powiedziała najswobodniejszym tonem, na jaki udało jej się zdobyć.- Pewnie się zdziwiłaś, że dzwonię…

- Co tam? Jakieś kłopoty? – zadrwiła.

- Nie – odpowiedziała szybko, ściskając telefon w spoconej dłoni.- Pomyślałam, że może…

- Aaaa pomyślałaś! – Patricia zaśmiała się, kpiąco.- Ciekawe o czym? Jak jeszcze bardziej zniszczyć życie mojemu bratu?

- Patricia, cholera jasna! – krzyknęła z wściekłością. Miała tej rozmowy powyżej uszu.- Możesz zamknąć się na chwilę i posłuchać, co mam ci do powiedzenia? – w słuchawce zapadła cisza, ale kontynuowała dalej. – Możesz mnie nienawidzić. Możesz nie rozmawiać ze mną, nie akceptować mnie…Masz do tego prawo – ze zdenerwowania drżał jej głos.- Nie będę nawet próbować, udowadniać ci, jak bardzo kocham twojego brata i jak bardzo chcę, żeby było dobrze. Nie ważne…Ale on was potrzebuje. Jesteście rodziną – na chwilę zabrakło jej tchu.- Kocha was i widzę jak jest mu ciężko. Patricia…On nie zasłużył na takie traktowanie!

- Więc co proponujesz? – usłyszała w słuchawce jej głos i aż podskoczyła ze zdziwienia.

- Zapraszam cię na kolację – wypaliła prosto z mostu.- Zadzwonię też do reszty. Paddy nic o tym nie wie.

- Dobra, przyjadę. Daj znać, kiedy i o której godzinie – Patricia rozłączyła się, a Laura opadła na krzesło. Była mokra z nerwów, ale odetchnęła z ulgą. Udało się! Warto było schować dumę do kieszeni, choć nie było to łatwe. Po chwili usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Dobiegł ją znajomy zapach perfum. Paddy!

- Kocham cię! – rzuciła mu się na szyję, zanim zdążył się rozebrać.- Ale jesteś zimny – przytuliła głowę do jego policzka.

- Idzie mróz – spojrzał na nią z czułością.- Czym zasłużyłem na takie powitanie? – roześmiał się.- Myślałem, że będziesz krzyczeć.

- Taki miałam zamiar – rozpięła mu kurtkę. Powoli zdjęła szalik.- Ale zmieniłam zdanie. Szkoda na to czasu.- Zajęła się guzikami od koszuli. Po chwili jej dłonie błądziły po jego nagim torsie.

- Chcę cię, teraz – podniósł ją do góry, a ona objęła go w pasie nogami. Niósł ją do sypialni, a trasę znaczyły upadające na podłogę, części garderoby, których w pośpiechu się pozbywali. Po chwili leżeli, spleceni w gorącym uścisku. Patrzyli sobie prosto w oczy, kiedy powoli wchodził w nią, sprawiając, że drżała z rozkoszy.
To własnie jest szczęście, pomyślała, kiedy obudziła się w środku nocy, z głową na jego ramieniu. Wtuliła się w jego nagie ciało. Pragnęła być jak najbliżej. Już zawsze.
Za oknem padał pierwszy śnieg…Nadeszła zima.

116. DIAMOND RING

23_41

- Co się stało? Kto ci to zrobił? – Paddy wpadł do kuchni, akurat w momencie, kiedy Laura z pomocą Nicole, próbowała powstrzymać strużkę krwi, cieknącą z dolnej wargi.

- Nic mi nie jest – uśmiechnęła się słabo. Próbowała robić dobrą minę do złej gry, ale zakręciło jej się w głowie i musiała przytrzymać się stołu.

- Jakaś wariatka na nią napadła! – oburzona Nicole, odwróciła się w stronę Paddiego.- Siostra twojej żonki, zresztą – prychnęła pogardliwie.

- Lily? – krzyknął.- Lily tu była? Gdzie ona teraz jest jest? – zapytał oburzony. Przez chwilę wpatrywał się w Laurę z niedowierzaniem.

- Jak to gdzie? – Nicole wzruszyła ramionami.- Zwiała.

- Uderzyła cię? – zapytał cicho, podchodząc do Laury.

- Nie ważne – nie patrzyła na niego. Odwróciła głowę, przegryzła wargę.- Chcę do domu.

- Pojadę za nią – Paddy wyciągnął z kieszeni kluczyki do samochodu.

- I co jej zrobisz? Oddasz? – Laura westchnęła ciężko.- Poza tym jesteś pijany. Zamierzasz prowadzić w tym stanie?

- Wezmę taksówkę – potarł czoło i zmarszczył brwi. Trochę kręciło mu się w głowie. To wszystko zaczynało go przerażać. Zacisnął powieki.- Co, do cholery jasnej, robiła tu Lily? – zastanawiał się głośno.

- A gdzie wy wszyscy się podziewacie? Impreza przeniosła się do kuchni? – Daniel, tanecznym krokiem wszedł do środka i znalazł się w samym centrum zamieszania.- Co się stało?- krzyknął na widok bladej jak ściana Laury.

- Nic – jęknęła. Miała już dosyć.- Paddy, zamawiaj taksówkę, chcę do domu – złapała go za rękę, próbując dodać sobie w ten sposób otuchy. Tak naprawdę chciało jej się płakać. Rozcięta warga piekła, a w głowie pulsował tępy ból.

- Kto ci to zrobił? – Daniel, zdjął chusteczkę, oglądając ranę.- Spokojnie, jestem lekarzem – odsunął Paddiego, z trudem utrzymując równowagę.

- To siostra Rose – Nicole wtrąciła swoje trzy grosze, bo czuła się pominięta. Uwielbiała być w centrum zainteresowania, a nagle została zeepchnięta na boczny tor.- Jak ty ją nazwałeś – spojrzała na Paddiego.- Lily? No doprawdy, niezły z niej kwiatuszek – pokiwała głową.

- Chodźmy do domu – Laura pociągnęła Paddiego za rękaw, zaciskając usta żeby się nie rozpłakać.

- Czekajcie, czekajcie…- Daniel próbował pojąć o co chodzi. Upił łyk ze stojącej w pobliżu szklanki, skrzywił się i lekko zachwiał.- Lily uderzyła Laurę? – wpatrywał się w Nicole, jakby nagle zobaczył ducha.

- No mówię przecież – Nicole zrobiła naburmuszoną minę.- Niezłe masz koleżanki, nie powiem…

- Lily to siostra Rose? Twojej żony? – Daniel przeniósł wzrok na Paddiego, który w odpowiedzi jedynie kiwnął głową.

- Świetnie, po prostu cudownie…- Daniel nagle otrzeźwiał.

- Zwyzywała Laurę od dziwek, wyobrażasz sobie? – Nicole ochoczo podjęła temat.- Dobrze, że weszłam w odpowiednim momencie. Co z tym zrobimy? Jakiś rewanżyk?

- Cholera, Laura…Tak mi przykro – Daniel objął ją niezgrabnie, a właściwie uwiesił się na niej całym swoim ciężarem.- Nie rozumiem jak to się mogło stać…Nie rozumiem…- bełkotał.

- A mnie już nic nie zdziwi – Laura jęknęła, próbując uwolnić się z jego uścisku.- Właściwie to powinnam się chyba przyzwyczaić. Ciekawe ile jeszcze razy usłyszę, że jestem dziwką?

- Idziemy stąd – Paddy odezwał się tak nagle, że wszyscy zamilkli.- Taka sytuacja miała miejsce ostatni raz – powiedział stanowczo.

- Ja jeszcze zostanę – pisnęła Nicole, robiąc sobie drinka. Pomogę Danielowi posprzątać.

- Rób co chcesz – Paddy obrzucił ją obojętnym spojrzeniem.- Dasz radę dojść do taksówki? – podał Laurze torebkę.

- Przecież nic mi nie jest – ruszyła przodem, zabierając po drodze swoją kurtkę. Rozpłakała się dopiero, kiedy byli już na zewnątrz.

- Już dobrze, już dobrze – szeptał jej do ucha. Kiedy trzymał ją w ramionach, wydawała się taka krucha…Cała drżała, jej ciałem wstrząsnął szloch.

- A jeśli oni wszyscy mają rację? – zapytała nagle, patrząc mu prosto w oczy. – Może to, co robimy jest złe? Może miłość nie wystarczy, Paddy? – było ciemno, widział tylko jej błyszczące źrenice.

- Wszystko się ułoży – nagle zupełnie nie wiedział, co powiedzieć.- Minie trochę czasu i będzie normalnie, zobaczysz – szepnął. Nie wyszło to zbyt przekonywująco, może dlatego, że cała ta sytuacja nagle go przytłoczyła? Poza tym czuł się potwornie zmęczony.- Kiedyś, w przyszłości, będziemy rodziną. Tylko ty, ja i może nasz wspólne maleństwo? – uśmiechnął się nieśmiało.

- Będzie normalnie? – pokręciła głową.- Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. I może lepiej nic nie planuj, co? Myślisz, że po tym wszystkim mogłabym mieć jeszcze dziecko? – spojrzała na niego z urazą. Była zła.

- Nie mówię, że już. Kiedyś – silił się na spokój.

- Skończmy ten temat – ucięła.

- Laura, do cholery! – krzyknął w końcu.- Dlaczego taka jesteś? Nie uciekniesz przed życiem! Przecież musimy mieć wspólne plany, marzenia…- nagle przerwał, bo cała ta sytuacja wydała mu się dziwna. Do tej pory był przekonany, że myślą podobnie.

- Jest nasza taksówka – ruszyła przed siebie, a on niechętnie poszedł za nią. Przez całą drogę milczeli, zatopieni w swoich myślach.

………………………………………………..

- I jak imprezka? – na drugi dzień rano, Rose weszła do kuchni i zastała Lily wpatrzoną w jakiś nieokreślony punkt na ścianie.- Kac? – wysiliła się na żart, jednocześnie włączając czajnik i wyjmując z szafki swój ulubiony kubek w różowe kropki. Dostała go kiedyś od Paddiego.

- Fatalnie – mruknęła Lily, nawet nie odwracając głowy.- Potwornie źle. Do dupy, mówiąc dosadniej.

- Co się stało – Rose usiadła naprzeciwko niej.- Upiłaś się?

- To akurat najmniejszy problem – westchnęła Lily.- Popełniłam straszny błąd – nagle spojrzała na siostrę.- Powiem ci, bo pewnie i tak się dowiesz – westchnęła. Poprawiła się na krześle. Upiła łyk i tak już zimnej kawy. Na urodzinach Daniela był Paddy z…Laurą – prychnęła pogardliwie. Okazuje się, że Laura to jego znajoma, chyba nawet dobra koleżanka…- utkwiła wzrok w Rose, która nagle zbladła.

- No i?

- Nie wiem, co we mnie wstąpiło – Lily pokręciła głową z niedowierzaniem.- Jak ich zobaczyłam. Ten jego maślany wzrok, jej uśmiechniętą gębę. Tańczyli, doskonale się bawili, podczas gdy ty siedzisz tu sama jak palec…Cholera! Szlag mnie trafił. Wygarnęłam jej wszystko. Powiedziałam, co o niej myślę. Trochę się poszarpałyśmy. Teraz mi głupio. Jak ja się pokażę w szpitalu? – Lily załamała ręce.

- Poszarpałyście? – krzyknęła Rose.- Zwariowałaś? Po co się w to wtrącasz?

- No tak. Ty oczywiście potulnie dasz mu rozwód i będziecie wysyłać sobie kartki świąteczne i życzenia urodzinowe.

- Lily, on mnie nie chce. Czy ty to rozumiesz?- głos siostry zabrzmiał zupełnie obco, ale była spokojna i opanowana.

- Wiesz dlaczego wróciłam z Londynu? – zapytała Lily.- Bo spotkało mnie to samo! Brian po prostu wrócił do swojej byłej. Dlatego, kiedy ich zobaczyłam, coś we mnie wstąpiło! Chciałam jej dowalić, żeby przestała być wreszcie taka szczęśliwa i uśmiechnięta.

- A ja bym z chęcią walnęła Paddiemu – odezwała się Rose, po dłuższej chwili. – To z nim brałam ślub, on przysięgał mi miłość, nie Laura…

- Dupek! – Lily zacisnęła pięści.- Faceci to świnie! W dodatku, nie mam pojęcia, jak ja spojrzę Danielowi w oczy?

- Nie mogłaś po prostu stamtąd wyjść? Za tydzień rozwód. Koniec wszystkiego. Mojego małżeństwa, miłości, wiary w cokolwiek…Lily, proszę cię. Nie rób już więcej nic głupiego.

- Obiecuję – siostra uśmiechnęła się słabo.- Dobrze, że dzisiaj wolne. Dopiero jutro, zapadnę się pod ziemię ze wstydu, kiedy spotkam się w szpitalu z Danielem…

…………………………………………………..

- Zrobiłem kawę – późnym popołudniem Paddy wszedł do salonu. Laura siedziała na kanapie, opatulona w kraciasty koc. Bawiła się pilotem od telewizora, nawet nie patrząc na zmieniające się programy.- Jak warga? – zbliżył swoje oczy, do jej ust.- Już nie jest spuchnięta – uśmiechnął się.

- Możesz wreszcie skończyć ten temat? – warknęła.- Czy przez następny miesiąc będziesz mi przypominał, że dostałam w twarz od siostry twojej żony?

- Ja tylko chciałem…

- To nie chciej!

- Dobra, najlepiej w ogóle ze sobą nie rozmawiajmy – uniósł ręce, w geście zniecierpliwienia.- Spędź pod kocem resztę życia.

- Nie musisz być złośliwy – odezwała się po chwili.

- Staram się – westchnął.- To ty mnie odpychasz. Nie jest łatwo, ale przecież damy radę!

- No jasne…To nie ciebie wyzywają od dziwek…- prychnęła.- Najpierw Patricia, teraz ta…Lily. Ciekawe kto następny?

- Nikt, nie pozwolę na to.

- Nie jest ci wstyd, że jesteś z kimś takim jak ja? – zapytała. – Idealny Paddy i ta sucz Laura, która po kolei rozbija wszystkie jego małżeństwa…

- Nie mogę cię słuchać – spojrzał na nią z niedowierzaniem. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale rozdzwonił się jego telefon. Odebrał go z pewną ulgą. Przez chwilę rozmawiał. – No dobra, będę za godzinę – odłożył komórkę na stolik. – Dzwoniła Brenda, ta dziennikarka z gazety…Prosiła, żebym przyjechał. Jack nie daje jej spokoju. Pamiętasz? Opowiadałem ci o nim.

- Aha…- przerwała i spojrzała na niego.- Uczysz go grać…Rozumiem, że wychodzisz?

- To mały chłopiec. Czeka na mnie.

- Jasne, jedź – ciaśniej otuliła się kocem.- Od kiedy przyjaźnisz się z ludźmi z mediów? – zapytała złośliwie.

- Z nim się nie przyjaźnię – sięgnął po kurtkę.- Po prostu lubię dzieci – spojrzał na nią znacząco.- Wychodzę. Będę za jakieś dwie godzinki, mam nadzieję, że jak wrócę, będziesz wreszcie zachowywać się normalnie.

- Pa, baw się dobrze – nie wiedzieć czemu, znowu była wściekła.- I pozdrów Brendę! – krzyknęła na pożegnanie.

……………………………………………..
- A ty co? źle się czujesz? – Nicole wróciła, dokładnie kwadrans po tym, jak Paddy pojechał do Brendy.

- Ani chwili spokoju…- jęknęła Laura, chowając głowę pod poduszkę.

- No chyba nie będziesz spała? – Nicole brutalnie ściągnęła z niej koc.- Gdzie Paddy?

- Wyszedł. Daje lekcje muzyki – jęknęła niechętnie.

- O proszę, jaki szlachetny! – gwizdnęła Nicole.- Przespałam się z Danielem.

- Co? – Laura usiadła na łóżku.- Żartujesz?

- Niby czemu miałabym żartować? – brunetka obruszyła się.- Zrobię nam po drinku, co ty na to?

- A rób – Laura wpatrywała się w nią z niedowierzaniem.- Dzisiejszy dzień już gorszy być nie może…

Godzinę później, otwierały kolejną butelkę.

- Ja ciebie nie rozumiem….- Nicole z zadowoleniem huśtała się na krześle. Oblizała swoje czerwone usta i sięgnęła po kolejna porcję lodów.- Masz takiego faceta jak Paddy, a od godziny zanudzasz mnie jakimiś dziwnymi wątpliwościami.

- Dzięki – mruknęła Laura.

- On cię kocha, świata poza tobą nie widzi. Poświęcił dla ciebie małżeństwo z Joelle. Chociaż temu akurat się nie dziwię – Nicole zachichotała. – Z tego co widziałam, to pięknością ona nie była.

- Jesteś straszna…- Laura opróżniła swój kieliszek. – Chcę jeszcze – podała go Nicole, która skwapliwie napełniła go kolejną porcją wódki z tonikiem.

- No i Rose – kontynuowała.- Zostawił ją z dnia na dzień. Dla ciebie. Nie mówiąc już o tym, że wybaczył ci Lucasa. Cholera, Laura. Nie zepsuj tego, bo w końcu naprawdę ci go jakaś sprzątnie sprzed nosa. Faceci są cierpliwi, ale do czasu.

- No proszę, jaka znawczyni – Laura starała się ironizować, ale zastanowiły ją słowa Nicole.

- Akurat na tym się znam – koleżanka roześmiała się.- I mam dla ciebie radę. Olej wszystkich i bądź szczęśliwa. Tylko tyle.

- Mam się nie martwić jego rodziną? Tym, że na każdym kroku, ktoś mnie obraża? Nawet nie wiem, co tak naprawdę myśli o tym Paddy? Może uważa tak samo?

- Jesteś stuknięta – Nicole dostała czkawki.- On cię kocha.

- Wiem…Chce mieć ze mną dziecko, a ja nie jestem na to gotowa.

- A kiedy będziesz? Po waszym kolejnym rozstaniu? I jego trzecim małżeństwie?

- Po prostu, to nie jest dobry czas…- Laura westchnęła smutno.

- A ja myślę, że najlepszy – Nicole wyciągnęła z lodówki kolejną butelkę.- Kochajcie się i uprawiajcie seks. Reszta sama się ułoży – uniosła w górę swoją szklankę.

- Żeby to wszystko było takie proste…

- Jest. Jutro idę na randkę z Danielem.

- Jesteś niemożliwa…

- Wiem i dobrze mi z tym – Nicole, wstała z krzesła z trudem utrzymując równowagę.- Muszę siusiu…- czknęła głośno.

- Ale wiesz co? – Laura spoważniała.- Dzięki za tą rozmowę i za wszystko…A Daniel to świetny facet.

- Nie powiem, całkiem niezły. Dał radę, nawet po takiej ilości alkoholu.

- Wariatka – zaśmiały się obie.- Bardzo go kocham – dodała Laura cicho.- Dlatego tak się boję…

……………………………………………………………….

images (13)

jimmy-kelly

DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ

- Przyszedłem pomóc ci się pakować – Jimmy zajrzał do kuchni, ale nie było w niej nikogo.- Rose? – krzyknął idąc w stronę salonu.

- Jestem, dopiero wróciłam z pracy – wyszła z łazienki, wycierając ręce.

- Fiu, fiu niezła bluzeczka – gwizdnął z uznaniem.

- Przestań, nie mam ochoty na żarty – minęła go.- Do jutra muszę pozbyć się z domu wszystkich gratów…Nie dam rady.

- No przecież ci pomogę – poklepał ją po ramieniu.- Gdzie zamierzasz mieszkać?

- Wynajęłyśmy z Lily małe mieszkanko w centrum – odpowiedziała smutno.- Ten dom i tak źle mi się kojarzył. Dobrze, że znalazł się kupiec.

- A jak się czujesz? – zapytał, patrząc na nią spod zmrużonych powiek.

- Dziwnie? – westchnęła.- Jestem tydzień po rozwodzie i mam wrażenie, że już nic dobrego mnie w życiu nie czeka.

- Bredzisz – Jimmy rozejrzał się dookoła.- To od czego zaczynamy?

- Może od salonu? Pudła są w piwnicy…- zamyśliła się. Po chwili, z zapałem pakowali wszystko co się dało, do kartonowych pudełek. Każdej rzeczy, której się pozbywała, towarzyszył jednocześnie smutek i ulga. Naprawdę dziwne uczucie…

- Mam dość – późnym wieczorem, Jimmy usiadł na kanapie, spojrzał na opustoszały salon i z trzaskiem otworzył puszkę zimnego piwa.

- Daj łyka, jestem wykończona – Rose zrzuciła buty, rozprostowując obolałe nogi.- Ale wiesz co? – upiła solidny łyk.- Dobrze mi to zrobiło. Chociaż na kilka godzin przestałam myśleć.

- Co teraz zamierzasz? Masz jakieś plany?

- Szczerze? – spojrzała na niego. Jasne włosy opadły jej na plecy. Przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu.- Nie mam żadnych. Będę pracować, może gdzieś wyjadę? Lily namawia mnie na powrót do Londynu. Żadnych więcej związków, chcę być sama, tego jestem pewna.

- Chciałbym sprawić żebyś zmieniła zdanie – powiedział nagle.- Rozwód z Paddym to nie koniec świata, Rose.

- Może masz rację. Ale dla mnie to była gorzka lekcja życia. Nie wiem czy kiedykolwiek będę potrafiła komuś zaufać.

- Musi minąć trochę czasu – uśmiechnął się lekko.

- Jimmy? Dlaczego to robisz?

- Co takiego? – zapytał zdziwiony.

- Pomagasz mi. Jesteś ze mną. To trochę…- szukała odpowiedniego słowa.- Dziwne…

- Odpowiedź jest prosta – mrugnął do niej zawadiacko.- Lubię cię. I chociaż nie chcę oceniać mojego brata, uważam, że zachował się jak dupek.

- Też cię lubię. Fajny z ciebie facet – nareszcie się rozluźniła.- Masz jeszcze to piwo?

- Pewnie – otworzył kolejną puszkę.- Nie wiem czemu, ale strasznie lubię ci pomagać – roześmiał się.

- Taka ze mnie biedna sierota, że wzbudzam litość…

- Jesteś wspaniałą, silną kobietą Rose – spoważniał.- Udowodniłaś to wielokrotnie.

- Ale nie na tyle wspaniałą, żeby mnie ktoś naprawdę kochał – stwierdziła gorzko.

- Jesteś w błędzie – dłuższą chwilę patrzył jej w oczy.- Nie mogę się skupić, kiedy masz rozpuszczone te swoje blond włosy – był dziwnie blisko. Poczuła zapach jego perfum.

- Zgubiłam gdzieś spinkę – poderwała się, nagle zdenerwowana.- Znajdę jakąś gumkę. Przeszkadzają mi – odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk.

- Zostaw – pociągnął ją z powrotem na kanapę. Atmosfera zagęściła się. Z niewiadomych przyczyn zrobiło jej się gorąco.

- Może zrobię nam coś do jedzenia? – jej głos zabrzmiał dziwnie piskliwie.

- Nie jestem głodny – wychrypiał, nie spuszczając z niej wzroku. Zapadła cisza. Słychać było tylko ich urywane oddechy. Przymknęła oczy, starając się uspokoić. I wtedy to się stało. Poczuła jego usta. Przez chwilę zastanawiała się, co właściwie się dzieje…Ich smak był…Właściwie jaki? Całkiem inny niż pocałunki Paddiego. Bardziej szorstki, a jednocześnie czuły i jakby opiekuńczy…Westchnęła, czując, jak jego język wślizguje się coraz głębiej…Niespodziewanie dla niej samej, całe jej ciało zareagowało na ten pocałunek. Zaczęła drżeć, serce biło jak szalone. Jego palce parzyły jej skórę, nie wiedziała kiedy, znalazły się pod jej białą bluzką. Było jej dobrze, bezpiecznie…Przez chwilę marzyła, aby ta chwila trwała wiecznie, ale po chwili wróciła jej trzeźwość umysłu. Oderwała się od niego.

- Jimmy…Nigdy nic takiego nie zrobiłam – oddychała ciężko.- To głupie, złe, niepoprawne i…

- To dobre, piękne i pozostanie tylko między nami. Otwórz się – szepnął. Przez chwilę trwali w długim pocałunku, ale przerwała go ostatkiem sił.

- Nie mogę! – zerwała się z kanapy, poprawiając bluzkę.- Przepraszam – odwróciła się, starając się uspokoić.

- To ja przepraszam – odpowiedział smutno.- Przez chwilę pomyślałem, że… Ech, głupiec ze mnie!

- Idź już – jej głos drżał.- Tak będzie najlepiej.

……………………………………………

- Straszna ze mnie egoistka, jak zwykle – Laura chodziła po mieszkaniu, otwierając po kolei wszystkie szuflady.- W dodatku zapodziałam gdzieś dokumenty – mruknęła sama do siebie.

- Mówiłaś coś?- Paddy wsunął głowę przez drzwi.- Usłyszałem coś o egoistce i od razu pomyślałem, że mówisz o sobie – roześmiał się.

- I tu akurat masz rację – podeszła do niego. – Przepraszam. Przepraszam za moje zachowanie przez ostatnie tygodnie, nie zasłużyłeś na to- zarzuciła mu ręce na szyję.

- Rozumiem, że jest ci ciężko – westchnął, obejmując ją.

- Ale przecież tobie też…Rozwód i jeszcze te kłótnie z rodziną.

- Na szczęście ma już to za sobą. Dziwne uczucie. Ulga pomieszana z porażką, ale też z nadzieją na coś lepszego – spojrzał jej w oczy.

- Paddy – pocałowała go prosto w usta.- Jedźmy do Polski, moi rodzice nie mają pojęcia co się dzieje. Mama codziennie dzwoni z nową garścią plotek, wyczytanych w jakichś brukowcach. Pojedźmy do nich, a potem zacznijmy od początku, dobrze?

- No pewnie – uścisnął ją.- Jedźmy, nawet jutro! Wszystko się ułoży, zobaczysz – uśmiechnął się.

- Tylko gdzie ja schowałam te cholerne dokumenty? – zastanawiała się głośno, wchodząc do sypialni. Otworzyła jedyną szufladę, do której jeszcze nie zaglądała. Sterta papierów, jakieś ulotki…Nigdzie nie było tego, czego szukała. Nagle jej dłoń natrafiła na twardy, kwadratowy przedmiot. Spojrzała na małe czerwone pudełeczko, które wyciągnęła z samego dna szuflady. Otworzyła je, wpatrując się w milczeniu w jego zwartość. Pierścionek. Prześliczny, diamentowy pierścionek, którego nie przyjęła…Zacisnęła powieki. Gdyby można było cofnąć czas…Po chwili, rozejrzała się. Paddiego nie było. Niewiele myśląc, schowała pudełeczko do kieszeni. Uśmiechnęła się sama do siebie i wyszła z pokoju.

115. DANNY BOY

nrm_1416614178-989ccff24602f8a10fb797c004391070-01_kasia-smutniak

Wszedł do dużego, przestronnego, nowocześnie urządzonego domu, rozglądając się ukradkiem. Proste, jasne wnętrza w minimalistycznym stylu, przełamane czymś, co znał bardzo dobrze – irlandzką nutą. Uśmiechnął się sam do siebie, na widok zielonej koniczyny namalowanej na ścianie w holu.

- Usiądź proszę – Brenda wskazała dłonią fotel, stojący w salonie, a sama udała się do kuchni. – Tamaro, możesz już iść – usłyszał jej głos, a po chwili starsza, siwa kobieta minęła go i wyszła z domu.

- Mamo, jestem już za duży na nianię – naburmuszony chłopiec wszedł do salonu.

- To jest Jack, mój syn – Brenda uśmiechnęła się ciepło.- A to pan Patrick. Jest muzykiem.

- Cześć – chłopiec podał mu rękę, a potem odwrócił się.- Mogę już iść? – zapytał niecierpliwie.

- Jasne – Brenda, potargała mu czuprynę.- Później sprawdzę czy odrobiłeś lekcje.

- Nie wiedziałem, że jesteś mamą – obrzucił ją uważnym spojrzeniem, kiedy po jakimś kwadransie siedzieli przy stole, pijąc latte.

- Nie wyglądam, prawda? – zaśmiała się.- Jack ma dziewięć lat, a od ośmiu wychowuję go sama. Jego ojciec zginął w wypadku.

- Przykro mi – nie miał pojęcia, co powiedzieć.- Na pewno świetnie sobie radzisz.

- Staram się – odgarnęła włosy za uszy.- Ale jest w takim wieku, że mama to dla niego za mało. Brakuje mu taty – westchnęła.- Bardzo go kocham, jest wszystkim co mam.

- On ciebie też. Wiesz, chłopcy nie są zbyt wylewni – zażartował.

- To fakt – podniosła filiżankę.- Mam tu przed sobą właśnie taki przypadek – zamrugała rzęsami.- Zastanów się nad tym artykułem. A może udzielicie wywiadu wspólnie? Razem z Laurą? – utkwiła w nim wzrok. Przez chwilę patrzył w jej duże, brązowe oczy.

- Zapomnij – odpowiedział po kilku sekundach.- To nie jest najlepszy pomysł. Laura ma za sobą trudny okres, a ja raczej powinienem unikać prasy. Nie najlepiej wychodzą mi spotkania z mediami.

- Bredzisz – bawiła się papierową serwetką.- Masz charyzmę, talent no i ciekawe życie. Przyciągasz ludzi. Zobaczysz, każdy będzie po twojej stronie.

- Nie zależy mi na tym – upił łyk kawy.- Nie potrzebuję takiej popularności jak kiedyś. Teraz, chcę się skupić na życiu prywatnym. To jest dla mnie najważniejsze.

- Laura musi być naprawdę wyjątkowa – nagle zmieniła temat.

- Słucham?

- Po raz kolejny zaczynasz dla niej od nowa, rzucasz wszystko -przyglądała mu się z zainteresowaniem. Nagle poczuł się nieswojo.

- To prawda, jest wyjątkowa – zmarszczył czoło.- Powinienem już iść. Trochę się zasiedziałem.

- Zapytaj ją o wywiad. Może się zgodzi – Brenda wstała od stołu, podchodząc do niego.- A ten jej trudny okres…Minął już?

- Yyyyy…- mruknął.- Minął, wszystko jest w porządku – założył kurtkę.- Dzięki za kawę – uśmiechnął się.- I jeszcze raz przepraszam, zachowałem się jak palant. Jesteś świetną dziennikarką. Nie marnuj czasu na taką przygasłą gwiazdę jak ja – machnął ręką.

- Już ja swoje wiem – roześmiała się.- Hej, Jack – odwróciła głowę w stronę syna, wchodzącego do salonu.- Jak lekcje?

- Prawie skończyłem – odburknął znudzonym głosem.

- Grasz na gitarze? – Paddy spojrzał na instrument, który trzymał w dłoni.

- Czasami – Jack usiał na krześle, brzdąkając w struny.- Mama uważa, że to strata czasu.

- Strata czasu? – oburzył się.- Zagraj mi coś. Zaaferowany Jack zaczął uderzać w struny, a Paddy przyglądał mu się z uśmiechem. Mały był niezły. Fałszował, ale grał z taki zaangażowaniem, że w pewnym momencie przypomniał mu siebie samego, sprzed wielu lat.

- Chcesz to pokażę ci kilka chwytów i parę niezłych trików – usiadł koło chłopca.

- Super! – Jack podskoczył z radości, podając mu gitarę. Otworzył usta ze zdziwienia, kiedy Paddy z lekkością poruszał palcami po strunach, grając jakąś irlandzką melodię.

- Wow! – Brenda pokiwała głową z uznaniem.- Naprawdę jesteś niezły.

- E tam – Paddy był w swoim żywiole. Po chwili zmienił repertuar na bardziej nostalgiczny.

- Danny Boy – szepnęła Brenda.- Uwielbiam tą piosenkę. Przypomina mi o Irlandii. Tęsknie za nią, za jej klimatem, spokojem, zielonymi wzgórzami…

- Teraz ja! – Jack głośno przypomniał o swoim istnieniu.

- Jasne, proszę – Paddy oderwał się od gry i podał mi instrument.- Spróbuj tak – ułożył mu palce na strunach. Po chwili razem z Brendą klaskali do rytmu, a Jack grał kila piosenek pod rząd, co chwila przerywając i zadając mnóstwo pytań, na które Paddy cierpliwie odpowiadał.

- Strasznie tu cicho – pomyślała Brenda, kiedy godzinę później sprzątała filiżanki za stołu. Jack znów siedział zamknięty w swoim pokoju. Jak co wieczór, wyjęła wino i nalała sobie pełny kieliszek. Już dawno nie spędziła tak miłego popołudnia. Na chwilę znów stała się dawną Brendą – dziewczyną z Irlandii, którą cieszyły małe rzeczy, ulotne chwile…Dziewczyną sprzed wypadku męża, sprzed błyskotliwej kariery w mediach, która nie musiała żerować na innych aby utrzymać się na powierzchni…Te dwie godziny w jego towarzystwie obudziły w niej jakąś tęsknotę. Dziwnie się z tym czuła, bo nigdy nie była zbyt sentymentalna. Upiła łyk wina. Nagle z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu. Spojrzała na wyświetlacz. No tak…Rachel. Jak mogła o niej zapomnieć?

- Brenda? I jak? Masz coś? Wyciągnęłaś jakąś ciekawostkę?

- Ech, Rachel – nagle ze zdenerwowania spociły jej się dłonie. Nie poznawała dzisiaj samej siebie!- To było pierwsze spotkanie, muszę mieć trochę więcej czasu.

- Nie mamy go – szefowa zaostrzyła ton.- Sama upierałaś się żeby o nim pisać, więc znajdź coś. Kim jest ta cała Laura? No i list. Czemu go napisał, dlaczego uciekł od żony? Aaaa podobno rozstał się z Laurą, bo zdradziła go z jego najlepszym kumplem. Sprawdź to.

- Dobra już dobra…Umówię się z nim jeszcze raz – Brenda westchnęła i sięgnęła po kieliszek.

- A najlepiej znajdź jakiś hit! Coś, czego nie wie nikt! Masz tydzień. Miłej nocy, Brendo.

- Miłej nocy – odłożyła komórkę na stolik.- No cóż…Trzeba wymyślić jakiś pretekst do następnego spotkania. Nie ma innego wyjścia…

……………………………………………………
blog_np_5070040_7997518_sz_oliwia_jako_ola

- Jestem kochanie, przepraszam za spóźnienie, ale…- Paddy przerwał, bo własnie wszedł do kuchni. Przetarł oczy.

- Cześć Patrick, nic się nie zmieniłeś, przystojniaku! – szczupła brunetka rzuciła mu się na szyję, wydając przy tym głośny pisk radości.

- Nicole, co tu robisz? – stęknął, kiedy wreszcie wypuściła go i stanęła na własnych nogach.

- Nie było trudno cię znaleźć. Wszystkie gazety trąbią, że zostawiłeś drugą żonę. No ładnie, nie poznaję kolegi – poklepała go po ramieniu.- Zawsze byłeś wariatem, ale że aż takim? – roześmiała się.- Szkoda tylko, że to nie dla mnie te wszystkie hece – spojrzała na Laurę.- Wiesz, kiedyś miałam na niego niezłą chrapkę. Zresztą, która nie miała. Byłam dumna, że wtedy w namiocie, to własnie ze mną…

- Nicole! – przerwał jej, patrząc na Laurę, która do tej pory nie odezwała się ani słowem.- Właściwie po co tu przyjechałaś?

- Muszę zostać w Kolonii przez parę dni, a jak tylko zamelduję się w jakimkolwiek hotelu, mój ociec mnie znajdzie. Wiesz, że ma wszędzie znajomości.

- I to jest powód twoich niespodziewanych odwiedzin? – pokręcił głową z niedowierzaniem.

- On nie wie, że tu jestem i niech tak zostanie – Nicole zdjęła rozpinany sweterek , ukazując czarny, obcisły top, opinający jej sporych rozmiarów biust.

- Ale czemu do mnie? – jęknął.- Nie masz znajomych? Jakichś przyjaciół, koleżanek?

- Pozrywałam wszystkie kontakty – odpowiedziała beztrosko.

- A Maite? Jedź do niej, przyjaźniłyście się – uczepił się ostatniej deski ratunku.- Zerknął ma Laurę, próbując wyczytać z jej oczu, jak bardzo jest na niego wściekła.

- Dzwoniłam do niej, wyjechała – powachlowała się otwartą dłonią.- Strasznie tu u was gorąco – jęknęła.- Dacie mi wreszcie jakiś ręcznik? Marzę o prysznicu.

- Proszę- Laura wstała i podała jej ręcznik, a potem wyjęła kołdrę i poduszkę.- Możesz spać tutaj – wskazała na kanapę. – Korzystaj z wszystkich moich kosmetyków, jeśli masz ochotę. Stoją na półce w łazience. Czuj się jak u siebie.

- Masz jakąś tabletkę? Rozbolała mnie głowa…- Paddy spojrzał na nią błagalnie, kiedy Nicole zniknęła za drzwiami łazienki.

- No, no…Fajne masz koleżanki – obrzuciła go groźnym spojrzeniem.- Szkoda, że nie dokończyła o tym namiocie…Zapowiadało się ciekawie…

- Proszę cię…Nie bądź zła. Miałem ją wyrzucić?

- A nie? – ruszyła w stronę sypialni.

- Dobra, zaraz jej powiem żeby sobie poszła – odpowiedział z determinacją w głosie.- Tylko nie złość się, proszę.

- Hahaha – wybuchła głośnym śmiechem.- Żartowałam, niech zostanie – śmiała się nadal.- Mam tylko nadzieję, że nie będę tego żałować.

- A ja, że nie zwariuję – westchnął, idąc za nią.

- Gdybyś czegoś potrzebowała, jesteśmy w sypialni – godzinę później Laura weszła do salonu, starając się nie patrzeć na Nicole, stojąca przy oknie w samej koronkowej bieliźnie.

- Przeszkadza ci, że palę? – odwróciła się, gasząc papierosa w pustej butelce po wodzie.

- Nie skądże – Laura cofnęła się pół kroku.- To dobranoc.

- Pa – Nicole wyszczerzyła białe zęby.- O Lucasie pogadamy jak Paddiego nie będzie, co? Serio, miałaś ich obu?

- Pójdę już spać – Laura ucięła temat.

- Ok, spoko. Idź. Też bym poszła, jakby na mnie takie ciacho w łóżku czekało.

- No tak…Miłej nocy.

- Laura? – zawołała za nią, kiedy była już przy drzwiach.- Fajna piżamka. Teraz takie go kręcą?

- Jakie? – Laura obrzuciła wzrokiem swoją bawełniana, szarą koszulkę i spodenki w takim samym kolorze.

- No wiesz, seksowne to nie jest…

- Dobranoc – zamknęła za sobą drzwi. Ta Nicole od samego początku działała jej na nerwy! Co ona sobie myśli? Małpa jedna!

…………………………….
- Wiesz – szepnęła, kiedy leżeli obok siebie w sypialni.- Od dawna nie dręczył mnie żaden koszmar.

- Cieszę się – objął ją ramieniem.- Bałem się o ciebie.

- Wiem – westchnęła.- Myślę, że musiałam przejść przez to wszystko, żeby zacząć od nowa. Inaczej nie zamknęłabym tamtego rozdziału.

- Wszystko się ułoży – pogłaskał jej długie, ciemne włosy.- Rose podpisała papiery. Niedługo rozwód.

- Życie jest pokręcone, nie sądzisz? – zapytała po dłuższej chwili.- Ile musiało się wydarzyć żebyśmy znów byli razem?

- Za dużo – westchnął.- Pójdę po wodę, masz ochotę? – podniósł się z łóżka.

- Nie! – pociągnęła go z powrotem.- Nie idź tam!

- Dlaczego? – wbił w nią zdziwiony wzrok.- Chce mi się pić.

- Chodźmy spać – uśmiechnęła się przymilnie.

- Laura, zachowujesz się co najmniej dziwnie…

- Ona jest w samej bieliźnie…Czarnej – wyznała wreszcie konspiracyjnym szeptem.

- Ok, zamknę oczy, kiedy będę tamtędy przechodził – wybuchł śmiechem.

- Bardzo zabawne – odwróciła głowę.- Twoja była dziewczyna śpi u nas na kanapie w samej koronkowej bieliźnie. Po prostu ubaw po pachy.

- Jaka dziewczyna? Miałem wtedy piętnaście lat!

- Spałeś z nią. W namiocie – dodała ze smutkiem.

- Miałem piętnaście lat!

- No i co? To cię usprawiedliwia?

- Uważasz, że w drodze do lodówki rzucę się na nią i szybko ją przelecę?

- Kto cię tam wie? – westchnęła.- Sądzisz, że w tym stroju nie wyglądam sexi? – wskazała na swoją piżamę.

- W tym? Nie bardzo…- pokręcił głową.

- Idę spać! – schowała głowę pod poduszką, odwracając się tyłem do niego.- Dobranoc. Obraziłam się.

- W tym nie bardzo – mruknął. Po chwili poczuła jego dłoń na swoi udzie.- Za to bez niczego jesteś mega podniecająca – podciągnął koszulkę do góry.

- Odechciało ci się pić? – odwróciła się na plecy.

- Odechciało – jęknął. Po chwili leżała przed nim całkiem naga.- Baaardzo seksowna – całował jej piersi, brzuch, zjeżdżał coraz niżej.- I baaardzo smaczna – oddychał coraz szybciej.

- Paddy! – zacisnęła kolana.- Co robisz? Nie jesteśmy sami?

- Mam iść po wodę? – zapytał, unosząc się na rękach.

- Nie! Chodź tu do mnie! – przyciągnęła go do siebie.

- To proszę rozsunąć kolanka…- po chwili jego język zwilżał najintymniejszą część jej ciała. Zadrżała. Chciała krzyknąć, ale przypomniała sobie o śpiącej w salonie Nicole…Nawet w takiej chwili działała jej na nerwy!
………………………………………..

- Aha, więc Daniel, na którego urodziny idziemy, to twój kumpel, doktorek, tak? – kilka dni później, stali pod drzwiami mieszkania Daniela, który zaprosił ich na urodzinową imprezę.- Z nim też spałaś? – Nicole zachichotała trącając Laurę w ramię.

- Nie wytrzymam – Laura spojrzała na Paddiego.- To był twój pomysł żeby z nami poszła?

- Nie – pokręcił szybko głową.- Zresztą sam też wolałbym zostać w domu.

- Nudziarze, nie znacie się na żartach? – oburzyła się.- Dzwonię, bo się tu zaraz wszyscy pokłócimy – nacisnęła przycisk przy drzwiach.

- To jednak nie był dobry pomysł…- pomyślała Laura, a po chwili drzwi się otworzyły i wszyscy troje weszli do środka.

- Jest fajnie, co? – godzinę później, Nicole kołysała się w rytm muzyki, pijąc kolejnego drinka.- Ten Daniel to niezłe ciacho? Skąd ty ich wszystkich bierzesz? Lecą na tą twoją bawełnianą piżamkę?

- Nicole – Laura stanęła przed nią.- Posłuchaj, nie bawią mnie twoje żarty. Daniel to przyjaciel. I nie życzę sobie więcej żadnych uwag na swój temat. Nic o mnie nie wiesz.

- Dobra już dobra, sorry – brunetka spoważniała na chwilę.- Nie miałam nic złego na myśli. Widać, że Paddy jest z tobą naprawdę szczęśliwy. Drinka?

- Chętnie – Laura wzięła od niej szklankę.- Nie obrażam się, po prostu dużo przeszłam, żeby być w tym miejscu, w którym jestem teraz.

- Oj nie zamulaj już – Nicole pociągnęła ją na środek pokoju.- Przez chwilę tańczyły, wygłupiając się. Laura wypiła jeszcze jednego kolorowego drinka, potem następnego. Paddy przyglądał się jej z uśmiechem.

- Chodź! – zawołała go, a po chwili tańczyli razem ciasno objęci. Czuła jego oddech na swojej szyi. Czas się zatrzymał.

- Lura, chciałem ci kogoś przedstawić – Dawid pociągnął ją za rękę w stronę stołu.- Przyszła Lily, moja koleżanka z oddziału pediatrii. Myślę, że znajdziecie wspólne tematy.

- Cześć – przywitała się z ładną blondynką. Przez chwilę miała wrażenie, że skądś ją zna.- Pogadamy za chwilę, ok? – krzyknęła do niej, idąc w stronę Paddiego. Jeszcze chwilę potańczę z moim przystojnym facetem- roześmiała się, a Paddy przewrócił oczami.- Nie pij więcej – szepnął, obejmując ją w pasie.- Z kim rozmawiałaś?

- Jakaś koleżanka Daniela – machnęła ręką.

——————–

- Znam tego twojego przystojniaka – godzinę później Lily zaczepiła ją, kiedy akurat stała sama w kuchni i przetrząsała lodówkę Daniela, w poszukiwaniu czegoś do picia.

- To normalne, jest dosyć sławny – odwróciła się w jej stronę.

- No tak…- Lily podeszła bliżej. – I jak wam się układa? Coś mi się wydaje, że widziałam cię w gazecie…

- Niestety- Laura nareszcie znalazła wodę. Przez chwilę mocowała się z zakrętką.- – Brukowce nie dają spokoju. Mam nadzieję, że w końcu im się znudzi.

- A ta jego żona? To prawda? Rzucił ją dla ciebie? Tak po prostu?

- Lily – westchnęła.- To chyba nie jest dobry temat na rozmowę…

- A dlaczego? Mnie się wydaje, że temat jest doskonały, zważywszy, że Rose to moja siostra…

- Siostra? – Laura spojrzała na nią w osłupieniu. Poczuła jak czerwienią jej się policzki.- Wybacz, ale to nie jest twoja sprawa – ruszyła w stronę drzwi.

- Tak? A niby dlaczego? – Lily zagrodziła jej drogę.- Daniel wie, że przyjaźni się z dziwką? Rozwaliłaś małżeństwo Rose! – pisnęła. Jej oczy błysnęły.- A ten głupek pobiegł za tobą jak jakiś…ślepiec! Nienawidzę takich jak ty! Niszczą wszystko wokół siebie! Pieprzona egoistko!

- Słuchaj Lily – trochę w niej zawrzało, ale starała się być spokojna.- Nie pozwolę się obrażać. Wychodzę.

- Myślisz, że wszystko zawsze będzie uchodzić ci płazem? Że mu się nie znudzisz? Że wyrządzone zło do ciebie nie wróci?

- Jeśli nawet, to nie twoja sprawa! – Laura krzyknęła.- Odczep się.

- Rose się z tego nie podniesie – Lily syknęła.- Paddy to drań. Jesteście siebie warci.

- Nie mam zamiaru kontynuować tej rozmowy…

- A czemu? Spieszy ci się żeby zaciągnąć go do łóżka? No tak…To pewnie Twój jedyny sposób, żeby zatrzymać faceta…

- Cholera! Odczep się, dziewczyno – spróbowała ją wyminąć, ale złapała ją za rękaw.

- Nie skończyłam jeszcze – Lily spojrzała jej prosto w oczy.

- A ja tak – Laura wyszarpnęła się, trafiając ją łokciem w ramię.

- Nienawidzę takich suk jak ty! – Lily jak w jakimś amoku uderzyła ją pięścią w brzuch.

- Ał! – Laura w obronie własnej złapała ją za włosy. Przez chwilę okładały się na oślep.Poczuła strużkę krwi, cieknącą z kącika ust. Zrobiło jej ciemno przed oczami.

- Co tu się dzieje?!- Nicole stanęła w drzwiach.- Zostaw ją!- odciągnęła Lily na bok.- Zwariowałyście? Bijecie się?

- Co ty…Tylko rozmawiamy…- Laura wstała z podłogi, siląc się na żart.- To Lily, siostra Rose, żony Paddiego. Postanowiła dać mi nauczkę – jęknęła, przykładając palec do ust.

- Myślałam, że to ja jestem pokręcona…- Nicole przyglądała im się z rozdziawionymi ustami.- Lily – zwróciła się w stronę blondynki.- Nie masz własnego życia? Żal ci dupę ściska? A może z Paddym w ten sposób porozmawiasz? Zaraz go tutaj zawołam.

- Laura, zapamiętaj moje słowa – Lily wyszła z kuchni, poprawiając potargane włosy.

- Dzięki Nicole – jęknęła, ale uśmiechnęła się.- Jak widzisz, nie jest łatwo. Zawołaj Paddiego – poprosiła błagalnie…